niedziela, 19 czerwca 2016

Kot w komorze gazowej

Kot Jaros... Jakiś tam, zupełnie nam nie znany kot jest zamknięty w stalowej komorze, wraz ze skomplikowanym urządzeniem do którego kot nie ma żadnego dostępu, i na które nie ma wpływu. (Co każdy pies zauważy z niejaką satysfakcją.) Sercem tego urządzenia jest licznik Geigera, zawierający minimalną ilość substancji radioaktywnej. Dawka substancji radioaktywnej jest tak słaba, że wprawdzie istnieje prawdobodobieństwo, że w ciągu godziny jeden atom ulegnie rozpadowi, ale równie prawdopodobnym jest, że żaden atom rozpadowi nie ulegnie.

JEŚLI choć jeden atom ulegnie rozpadowi, sterowany licznikiem Geigera mechanizm zwolni młotek, który strzaska niewielką flaszkę zawierającą kwas cyjanowodorowy.

JEŚLI żaden atom nie ulegnie rozpadowi, kot przeżyje.

Dopóki obserwator nie zajrzy do komory, nie dowie się czy kot jest żywy, czy martwy. Dla obserwatora obie możliwości są równie realne. Kot jest jednocześnie żywy i martwy.



Przeprowadźmy to doświadczenie w praktyce. Zamykamy więc schwytanego (tak się złożyło, że na Żoliborzu) kota w stalowej walizeczce, nakręcamy zbudowane w piwnicy ustrojstwo na bazie budzika Wostok, dorzucamy kupiony na Kole niewielki ładunek jądrowy, carharttowską koszulkę w kratkę zakładmy na golfik od Bossa Klossa, artystycznie wichrzymy lumberseksy brodę kolejarską, drapujemy na wygimnastykowanym ramieniu męską torebkę od Gucia i Cezara, po czym zasuwamy do Stardolca na płaskie mlecze - czy jaką tam imitację kawy wyrafinowany hypster obecnie pijać powinien.
Dokładnie po godzinie, sącząc płaskomlecza (i udając, że ma to cokolwiek wspólnego z kawą, i że nam wyjątkowo smakuje, ale piliśmy lepsze w Tbilisi), spoglądamy znacząco na ekran ajfopa i raczymy zachwycone towarzystwo przenikliwym stwierdzeniem, iż zgodnie z funkcją falową nasz kot właśnie jednocześnie liże sobie narządy rozrywkowe i leży zdechły na stalowej podłodze.

(W tym momencie wpada Zbysiu z wypożyczonymi od Tośka agentami CDT w wieku lat 6,5 i z polecenia Jarka publicznie zakuwa nas w dyby obwieszczając przed kamerami, że "ten pan już żadnego kota nie zamorduje!",  ale zaraz musi nas wypuścić z braku dowodów, bo rozsmarowany kot chamsko liże sobie to i owo, więc Zbysiu dostaje wodogłowia i odwołuje z emerytury agenta specjalnego T., żeby ten nas uwiódł na męską klatę i wycisnął z nas prawdę razem z sokami, co jest jego specjalną specjalnością. Jednak to już zupełnie inna historia - pracuję właśnie nad scenariuszem nowej, bardzo patriotycznej superprodukcji.)

Gdy człowiek musiał zmagać się w szkole podstawowej z nazwiskiem Erwin Rudolf Josef Alexander Schrödinger, a jego rodzice namiętnie lubili koty, to później wymyśla takie przykłady. Powyższa historyjka oryginalnie miała zilustrować co bardziej zwariowane hipotezy konstruowane w oparciu o teorię kwantową, jak się jednak z czasem okazało, pod wieloma względami miała więcej sensu, niż się to samemu autorowi wydawało. Jednym z jej efektów był wynalazek teorii wieloświatu, spopularyzowanej w literaturze SF - a także przez wybitnie natchnionych mistyków z mocnym  parciem na kasę - jako "światy równoległe" (bo "teoria wieloświatu" to za skomplikowane).

Zostawmy już te, za przeproszeniem, koty. Jak mówi mądre przysłowie ludu wielkopolskiego: psy szczekają, koty za płoty!

Spór paleokonserwatysty z paleomarksistką, czyli porównane przez Amandę w bardzo ciekawym tekście wypowiedzi Mouffe i Gottfrieda, to przecież nic innego jak wielokrotnie obserwowane, i to z opadającymi szczękami, przez pełnych podziwu fizyków kwantowych doświadczenia "dyskusji równoległej", której uczestnicy najwyraźniej funkcjonują na fali. I to na dużej fali.
 "Dyskusja równoległa" polega na tym, że dyskutanci pozornie wyrażają sprzeczne poglądy, jednak nie mówią do siebie nawzajem, gdyż uważają przeciwnika za tak głupiego, że nie warto do niego gadać. Zamiast więc mówić do siebie, mówią "obok siebie". a zafascynowany badacz wkrótce dostrzega, że choć niby się sprzeczają, łączy ich o wiele więcej niż dzieli.


A łączy ich tak wiele, że w myśl trafnego, peerelowskiego porzekadła, iż punkt widzenia jest określany poprzez punkt siedzenia, Gottfried i Mouffe mogą spokojnie zamienić się miejscówkami, po czym, nawet nie gubiąc rytmu, będą dokładnie tak samo argumentować na rzecz przeciwnych poglądów politycznych.


Już w tej chwili - przed wymianą miejscówek - praktycznie połowa ich retoryki skierowana jest przeciw wspólnemu wrogowi: "elitystycznym menedżeriom wypierającym demokrację", opowiada o słusznych, społecznych tendencjach populistycznego protestu - i nie wymaga zmiany przecinka, by posłużyć stronie przeciwnej.



Gra sił między demokracją a korporacją jest faktem, z tym tylko, że piękna pani M. jako wzory demokracji przestawia francuskie i rosyjskie rewolucje, których rządy były de facto elitystycznie sterowaną ochlokracją*), natomiast dla dziarskego pana G. wzorem demokracji są początki Stanów Zjednoczonych, bardzo elitystyczne i w części związane z wczesną walką korporacji właśnie - w której gospodarcze organizacje kolonistów toczyły spór z polityką fiskalną monarchii, stymulowaną w znacznej mierze przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską.

Boston Tea Party, 1773 - bojkot produktów 
Kompanii Wschodnioindyjskiej, czyli
spór korporacji ze start-upem.

Oboje dyskutanci całkowicie zgodnie twierdzą też, że to ich ruchy powinny 'w przyszłości" owe słuszne populizmy kształtować i wykorzystywać.

Czemu nie, z tym tylko, że ich ruchy już od dawna próbują ów populizm kształtować i wykorzystywać. By nieco bardziej znanych aktywistów wskazać - Hugo Chávez  i Donald Trump na dwóch przeciwległych półkulach i przeciwnych biegunach politycznych, ale z jakże podobną retoryką. I Polacy nie gorsi, i nie tylko Szczukę czy Ikonowicza mają po stronie pani Mouffe, i więcej niż tylko Warzechę i polonijnego Tyrmanda dla wsparcia Gottfrieda wykrzesać potrafią.


Mój dobry znajomy, znany (w pewnych kręgach...) programista, zgodnie z najlepszą tradycją akademików wiedeńskich, co najmniej raz w tygodniu subtelnie daje do zrozumienia żonie, że będzie u kochanki, następnie dzwoni do kochanki z informacją, że musi spędzić wieczór z żoną z powodu nagłej a niespodziewanej wizyty ukochanej mamusi, po czym udaje się do nieznanej obu paniom chaty pod lasem, gdzie zapuszcza komputra, podłącza internet na kartę bez limitu i przez następne 24 godziny, jako Demon Hunter Z. - jeśli ujawnię imię, będę miał cały ich Legion na ogonie... - jako więc ten demoniczny łowca przemierza świat Azeroth, ale ściśle wg reguł ustalonych przez Pipi. Niestety nie Afapipi ;-) zaledwie przez niejaką  Pipi Wipi.  I to jest całkowicie zrozumiałe, absolutnie nieszkodliwe, a nawet, jak dla mnie, sympatyczne, zachowanie tej odrobiny nastoletniego, baśniowego romantyzmu.

Gottfried i Mouffe równie radośnie, choć już całkowicie jawnie, realizują osobistą potrzebę konstruowania prywatnych, fantastycznych krain. Potrzebę, przyznajmy, całkowicie naturalną, ale przecież infantylną, więc być może lepiej, wzorem mojego znajomego, raczej pozostawić ją w kręgu przyjaciół i podobnych hobbystów, niż zaraz robić z niej społeczną ideologię?

Najsilniejszą być może cechą łączącą samorealizacje zrówno pana Gottfrieda, jak i pani Mouffe jest przemożne, wszechogarniające, wewnętrzne przekonanie, że "kiedyś to było lepiej". Było kiedyś lepiej, wszystko zmierzało ku krainie doskonałej równości (o, ten udawany egalitaryzm też w sumie oboje łączy), a potem - SRUUU! - wszystko się popiórkowało i do władzy doszła menedżeria. Dla Pawła "lepiej" oznacza amerykańską wersję "bogaćta się jak chceta, albo na drzewo", dla Szantal to bardziej rewolucja idealna, w której udało się dorżnąć watahy; oboje dzieli więc jakaś tam różnica, ale uczciwie mówiąc jest to różnica czysto retoryczna bo przesłanie pozostaje takie samo: "Ech, kiedyś to były czasy..."



Tu dygresja, dla żartu vel beki wyguglowałem imię Szantal - w takiej właśnie pisowni. Dostałem na samej górze wynik mniej więcej takiej treści: "wybraliśmy imię Szantal dla naszej córeczki, ale długo zastanawialiśmy się nad Szanel". I proszę, okazuje się, że jednak Erwin Rudolf Josef Alexander wcale nie miał w szkole tak ciężko, jak mu się wydawało... Mogli mu przecież dać Dżiordżio. Dżiordżio Schrödinger. Mógłby siedzieć w szkole obok Szantali Dreptak. 


Kiedyś robiłem sobie jaja z pewnego "doradcy rządu d/s ruchu drogowego", którym był - I JEST NADAL!!!  taki jeden niezbyt mądry gów... sympatyczny młody człowiek po politologii bez żadnego doświadczenia w komunikacji ani w transporcie z ogromnym doświadczeniem alternatywnym. Pozwoliłem sobie ironicznie napisać, że politologia to przecież coś jak policja drogowa, nie? Ale czy w rzeczywistości ten niby-dowcip nie jest raczej ponury w swej prawdziwości?

Obserwując nie tylko naszą scenę polityczną, mam coraz silniejsze wrażenie, że przywykli do monteskiuszowskiego trójpodziału władzy politycy i politolodzy przespali konsekwencje rewolucji przemysłowej, które wprowadziły prawdziwą czwartą władzę w postaci wielkich korporacji. Korporacje tymczasem, w pierwotnej swej formie znane pod nazwą rozmaitych kompanii, kształtowały znaczną część angielskiej polityki już w drugiej połowie wieku XVIII.


Nie obudziło ich powstanie władzy piątej, czyli środków masowego przekazu - skutecznie wpływających na politykę od drugiej połowy wieku XIX. Tu sobie pozwolę zlinkować bardzo ciekawy - choć niepozbawiony uprzedzeń - tekst Martina Kettle o "zmaganiach prasy z demokracją".
(Uprzedzenie polega głównie na tym, że wszystko co Mr Kettle tam pisze jest prawdą, ale i w Guardianie podobne zabiegi dałoby się znaleźć,  choć, fakt, prowadzone bardziej subtelnie. Przyganiał Kettle garnkowi...)

Klub śpioszka-politolożka przespał nawet moment, w którym środki masowego przekazu stały się masowe w sensie jak najbardziej "leninowskim", mianowicie gdy masy pracujące i niepracujące miast i wsi zaczęły, temi rencami, produkować ogromną porcję informacji i - znacznie częściej - dezinformacji dostępnej publicznie. Ba, w sytuacji, gdy sieciowy dostęp do tradycyjnych tytułów jest coraz częściej płatny, tym ważniejsze stają się media "leninowskie"- zarówno z niegdysiejszej prawej, jak i z lewej strony, oddziaływując na ostatnią już, i może najważniejszą, wyemancypowaną grupę władzy - elektorską władzę wyborców, która coraz bardziej odseparowuje się od trzech tradycyjnych.


Od lat politolodzy usiłują wmawiać sobie i nam, że w sumie nic się nie zmieniło od czasów Monteskiusza, i że tylko różne knowania tych wrednych faszystów/lewaków (niepotrzebne skreślić) powodują wypaczenia systemu. To przecież jakiś kompletny nonsens. Monteskiusz, skądinąd bardzo inteligenty facet, teorię skonstruował w początku wieku XVIII, próbując naprawiać przegniłą do rdzenia i dojrzałą do ścięcia monarchię francuską, i proponując rozwiązania oparte na wyidealizowanym wizerunku parlamentarnej monarchii brytyjskiej wieku XVII - monarchii, która w momencie publikowania Listów ulegała właśnie zasadniczym przemianom! Jego rozwiązania w tamtym okresie były nowatorskie i skuteczne, ale to było 300 lat temu we Francji Ludwików. To i owo jednak się od tego czasu zmieniło.

Niezwykle trudno znaleźć głębszą refleksję nad koniecznością realistycznego, nieuprzedzonego i spoglądającego w przyszłość, nie w przeszłość, przedefiniowania współczesnego systemu zależności we władzy demokratycznej. Brak jest opisania takiego systemu w jego obecnym, rzeczywistym kształcie i propozycji rozwoju odpowiadającego na potrzeby współczesnych społeczeństw demokratycznych. Wszytko to, moim zdaniem, jest świadectwem intelektualnej porażki nauk politycznych i praktyków polityki. Jest też ów brak refleksji tym, co nauki polityczne coraz wyraźniej łączy z teologią. Wreszcie jest jednym z powodów, dla których politologia niekiedy bywa przez rozmaitych złośliwców zaliczana do grupy "pseudonauk" (też wraz z teologią) - co też z innego punktu widzenia zauważył m.in. Ian Shapiro, a za nim Matthew Crawford z New Atlantis.

Owszem, są znaczące wyjątki, ale te zazwyczaj pojawiają się w drobnych publikacjach, demonstracyjnie lekceważonych w strukturalnych badaniach i praktycznie pozbawione są szans na granty i stypendia.

Austriak Alois Palin poświęcił kilka tekstów koncepcji "zarządzania samoczynnego", wprawdzie mało znanej szerokiej publiczności, za to dyskutowanej z zapałem wśród przedstawicieli nauk inżynieryjnych, programistów i inżynierów sieci ("Self-service Government" - i tak, oczywiście, to od demonicznego łowcy o tym projekcie niegdyś usłyszałem :-). I nie jest to tylko austriackie gadanie, choć problem z tą koncepcją jest taki, że widzę nieograniczone prawie możliwości manipulowania podejmowanymi w ten sposób działaniami. Co więcej, potencjalnie projekt taki znacząco zwiększa już bardzo dużą władzę środków masowego przekazu, które z kolei dają się często manipulować menedżerii. W praktyce system "self-service government" na szczeblu lokalnym próbowano - i nadal próbuje się - wprowadzać w kilku miastach Ameryki Południowej, gdzie działa on z wyraźną czkawką - czasem zaskakująco dobrze, czasem wcale.

Z innej beczki. Czy ktoś z Szanownych Czytelników trafił kiedykolwiek na tekst Bryana Forda poświęcony koncepcji "demokracji delegowanej"? Od razu przyznam, że demokracja delegowana, zwana też "demokracją płynną" to projekt równie ciekawy, ale też nie do końca przemyślany. Historycznie oparty jest na obserwacji rozwiązań rosyjskiego systemu tuż przed przejęciem pełni władzy przez bolszewików oraz na bardzo ciekawym, amerykańskim projekcie związkowym "Industrial Workers of the World" z początku XX wieku. W obu przykładach organizacje stosujące ten system upadły pod skumulowanymi atakami bezpośredniej przemocy i  zupełnie nieskrępowanej demagogii - i to bynajmniej nie ze strony opozycji, a ze strony pokrewnych ugrupowań. Współcześnie próby jego zastosowania wprowadzane są - z mieszanymi rezultatami - w kilku europejskich wariantach "Partii Piratów".

Nb. w latach 60. wieku XX, francuscy teoretycy marksizmu bardzo dyskretnie zwracali uwagę na podobieństwo religijnych struktur hierarchii Islamu do rozwiązań przyjętych w Rosji przed bolszewikami. Dyskretnie, bo ostatecznie to spadkobiercy bolszewików byli wówczas u władzy w proletariackim raju i nie wypadało im wypominać ustawek z lat młodości.

Przykładów podobnych rozważań jest nieco więcej, ale praktycznie w każdym wypadku mają one charakter marginalny i pozostają poza głównym nurtem politologii i filozofii politycznej. Właściwie jedynym krajem, w którym coś się konretnego w ogóle dzieje jest wspomniana niedawno w znakomitym tekście Henrykspola Szwajcaria z jej referendami. Co nasi politycy, niezależnie od opcji, myślą o referendach, widzieliśmy wiele razy. Ostatnie tygodnie wskazują, że politycy brytyjscy są wprawdzie nieporównanie bardziej demokratyczni niż polscy, ale do Szwajcarii im daleko. Zresztą nawet szwajcarski system bywa podatny na manipulacje.

Większość badań alternatywnych systemów demokratycznych jest prowadzona  oddolnie, przez rozmaitych entuzjastów, pełnych dobrych chęci, ale nie zawsze skłonnych do autokrytyki (zazwyczaj tak bywa z entuzjastami) i z reguły kierujących się obsesyjnym lękiem przed "rządową biurokracją" - która w rzeczywistości jest bardzo potrzebna, choć rzeczywiście często daje dowody bezdennej głupoty.

Wbrew temu, co ciągle słyszymy, propozycje populistyczne i sentymentalnie-anachroniczne - a do tych ostatnich zaliczam zarówno teorie pani Mouffe, jak i koncepcje pana Gottfrieda - nie zyskują na sile dlatego, że "wyborcy są zmęczeni elitami". To, excuse-moi, kompletna głupota. Wyborcy są zmęczeni pracą na kasie w supermarkecie, sypaniem żwiru na budowie, albo godzinami "kopiuj i wklej" w agencji promocyjnej. Populizm i sentymentalne anachronizmy, zazwyczaj funkcjonujące w połączeniu, nie są objawem zmęczenia, ale odtrutką na poczucie braku wpływu na swój kiepski los. Poczucie braku wpływu, które kiedyś uchodziło za rzecz naturalną, niezmienną i "daną przez Niebiosa", dziś, pod wpływem powszechnego obiegu informacji, zaczęło być postrzegane jako wskaźnik, że coś nie jest tak jak być powinno. Nie widząc praktycznych możliwości wpływu na rzeczywistość, wyborca sięga po rozwiązania może niepraktyczne, ale oferujące nadzieję. I nie zmieni jego nastawienia argument, iż głosiciele owych rozwiązań w dość przejrzysty sposób posługują się zasadą, iż "ciemny lud wszystko kupi", a nadzieja jest tylko przynętą.

Odpowiedzią, moim zdaniem, nie może być wyłącznie krytyka polityków eksploatujących populizm. Przecież to ich opisywał Arystofanes już w roku 424 p.n.e. (Tu link do mojej dawnej dyskusji z Dezerterem, o Arystofanesie i antycznym rodowodzie terminu "demagog") Populiści byli, są i będą. Problem w tym, że im mniej wyborca odczuwa, iż jego głos ma znaczenie, tym bardziej skłonny jest głosować na demagogów - zjawisko, które w starożytności było jedną z przyczyn upadku Aten i całej Grecji. Przyjęty obecnie przez rozwinięte demokracje system udziału obywateli w rządzeniu nie jest ani najmniejszym złem (jak się go niekiedy niesprawiedliwie określa), ani objawionym nam przez Bogów i Boginie Demokracji doskonałym aksjomatem, który musi zmagać się z oporem niedoskonałych mas, i któy wymaga jedynie odkurzenia od czasu do czasu.

Ów system, który w uproszczeniu określamy mianem "zachodniej demokracji" jest całkiem skutecznym rozwiązaniem, które jednak zbyt długo nie było poddawane ostrożnym (podkreślam - "ostrożnym") modyfikacjom.  To jest wciąż najlepsza propozycja dla społeczeństw w których osiągnięte zostały pewne standardy edukacyjne, ale też jest to propozycja, która wymaga ustawicznej pracy i modyfikacji. I to oczywiście prawda, że owe modyfikacje muszą przypominać akrobacje żołnierzy specjalnych sił chińskiej policji zmieniających koło w motocyklu podczas jazdy...

Nikt nie mówił, że ma być łatwo!


Niestety,  obserwując polską scenę polityczną i trawestując stary dowcip wypada stwierdzić, że dżentelmeny są, jeno Monteskiusza nie ma...

I tym, optymistycznym inaczej wnioskiem żegnając się -
pozdrawiam wszystkich serdecznie!

_____________________
*) Co w niczym nie zmienia faktu, że każda z rewolucji była wyłącznie odpowiedzią na wielokrotnie i stanowczo wyrażane życzenia elit ancien régime.