środa, 14 grudnia 2016

Asahi SuperLech

Zapowiadali, zapowiadali, aż się stało. Asahi Biru, jedna z najstarszych japońskich kompanii piwowarskich, oficjalnie zostaje właścicielem wschodnioeuropejskiej części browarów SABMiller, w tym Lecha (no, fakt, przy okazji też Tyskiego, jeśli już ktoś koniecznie musi  wiedzieć). Jeśli to ma oznaczać, że Lech poprawi beznadziejnie generyczny smak swojego głównego produktu, przestanie pakować przesłodzone soczki do dziwnych napojów (nie pamiętam jak się to nazywa, Shitty i Scheißel, czy jakoś tak?), a w supermarketach będzie można wreszcie kupic Asahi SuperDry w rozsądnej cenie - to jestem zdecydowanie za!





Szanse na to ostatnie nie wyglądają, delikatnie mówiąc, rewelacyjnie, jako że 5 złotych polskich za małą butelkę to niestety typowa cena, od Tokio do Londynu. Szanse na poprawę smaku produktów Lecha wyglądają nieco lepiej, pod tym wszak warunkiem, że Japończycą zdecydują się na bardzo potrzebne, zdecydowane działania - w końcu był kiedyś Lech w stanie wywarzyć jedno z ciekawszych wielkoseryjnych piw polskich czyli "Dog in the Fog". Inna sprawa, że Lech spaprał wówczas promocję tak totalnie, że dziś mój znajomy z branży reklamiarskiej, zamiast staropolskiego "z wielkiej chmury mały deszcz", mówi krótko a dosadnie: wtopa jak Dog in the Fog - co, przyznajmy, pozostaje w stosownym klimacie meteorologiczno-metaforycznym.

Wiem też z niepewnego źródła, że kiedy szef Asahi usłyszał o cieniastym piwie z colą to nie wyrobił i puścił pawia, co może być dobrą wróżbą dla piwoszy, a złą dla opisanej wyżej abominacji.



Zamiast przecudowanej (nie mylić z "przecudną") reklamy
Dog in the Fog, logo niedoszłej, kalifornijskiej wytwórni filmowej 
FogDog Films, która też, najwyraźniej, zaginęła w mgle historii. Klątwa żółtego psa?

Gdyby tak Sapporo albo Kirin jeszcze coś wykupiły? Warkę, błagam, niech ją ktoś kupi, naprawdę, już nie mogę patrzeć na te ich reklamy, które Heineken chyba orangutanom zleca... (Nie obrażając orangutanów, te są wyjątkowo sprytnymi naczelnymi, choć faktycznie feministki mają u nich jeszcze wiele do zrobienia.) Albo tych kiczastych pacykarzy od stada dzikich koni galopujących po Tatrach - w sumie, to ta sama firma.

Dla odmiany, zamiast niedopitych, kujonowatych macho z krainy Wyrka i podrabianych baców z Tamter - tajska reklama Asahi SuperDry, piwa par excellence.


Wszystkich wielbicieli piwa pozdrawiam z umiarkowanym optymizmem! ;-)

_____________
PS. Pewnie, że małe, lokalne browary są najlepsze. To się rozumie samo przez się. ;-)

niedziela, 4 grudnia 2016

Austriackie gadanie...

(...jak zwykła mawiać moja świętej pamięci Prababcia, komentując sotto voce transmitowane przez TVP i pełne optymistycznych prognoz przemówienia rozmaitych sekretarzy.)

Ja Austria, ty Austria, ono Austria..

Czytam radosne "je suis autrichienne" we wszystkich możliwych osobach i przypadkach, i jak naprawdę cholernie lubię Austriaków, Austrię, austriacką sztukę, austriackie wino, austriackie góry i marcepan z nugatem (niekoniecznie w tej kolejności), i jak tam mam od lat paru dobrych przyjaciół, od Wiednia po Guttenberghaus, tak cokolwiek trudno mi ten hurraoptymizm przyjąć bez bolesnej czkawki. Co ciekawe, znajomym Austriakom tyż trudno. Oj, trudno!

Dobrze się stało, że "jaki-ja-tam-prawicowy" Hofer przegrał z byłym szefem Zielonych i dyskretne westchnienie ulgi jest jak najbardziej na miejscu - nawet jeśli musi być podszyte sporą dawką niepokoju. 
Ale już z tą euforią...
Z euforią to walimy jak Clinton w maju.

Hurra! Neonaziści pokonani!

Kadr z Młodych lwów, czyli Irwin Shaw w reżyserii
Dmytryka i interpretacji Marlona Brando. Znakomita to jest
książka i niezły film, a jak się właśnie okazało, Brando miał więcej
wspólnego z Christianem Diestlem niż tylko podfarbowane na blond loczki...


Tak naprawdę, FPÖ Hofera nie jest, jak się u nas chętnie pisze, partią neonazistowską. FPÖ jest po prostu partią postnazistowską - wśród jej założycieli i wśród jej członków byli dawni naziści, jej pierwszym przywódcą był honorowy brygadier SS, Anton Reinthaller, a sama partia pośród swych zadań postawiła m.in. włączenie głosów wcześniejszych zwolenników anschlussu do powojennej polityki austriackiej. (I przy okazji głosy narodowców też mieli włączyć. No co? Nikt chyba serio nie oczekuje od obu tych grup logicznego myślenia?)

W czym problem - zapytają być może piękni euforzy i ewentualnie elokwentne euforki - przecież przegrali! 

No przegrali, przegrali, ale wygląda na to, że raptem o 6% z groszami. Kandydat postnazistów dostał ponad 46% głosów! Mało, że aż trudno w to uwierzyć: oto parę lat po ujawnieniu, iż ówczesny prezydent był dumnym członkiem Sturmabteilung, wciąż tylu ludzi na to tałatajstwo głosuje, mało tego, powtórzę, to gorzej jeszcze, bo za dwa lata, w 2018, będą w Austrii wybory parlamentarne.

I tu mały kłyz dla czytelników. Bo te kłyzy straszliwie są popularne i na fejsie nawet najbardziej rozsądni ludzi doczepiają linki pozwalające uzyskać odpowiedź na dręczące mnie egzystencjalne pytania w rodzaju: 
"jakiego koloru kostką toaletową jesteś?" 

("Jesteś kostką koloru błękitnego, uwielbiasz podróże i zapach morskich fal, przyjaciele nad życie cenią ulotny czar twych żeglarskich opowieści i czekają z uchem w muszli aż im morze zaszumi!") 

Tak więc dziś - emocjonujący kłyz Marlowa:

Kto sądzi, że Zieloni utrzymają w wyborach parlamentarnych znaczącą ilość z 53% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich, rączka w górę?
Hmmmm...

A teraz, kto podejrzewa, że FPÖ utrzyma znaczącą ilość z 46% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich?
No właśnie...
Na Van der Bellena głosowali zwolennicy wielu różnych partii, którzy podczas wyborów parlamentarnych znów się podzielą, na Hofera głosowali wyborcy, którzy wierzą, że kandydat postnazistów u władzy to jest dokładnie to, czego trzeba krajowi.
FPÖ ma obecnie 20% miejsc w parlamencie, Zieloni - 12%.

Tu nie ma czego świętować, to zimny prysznic był, trzeba się brać do roboty.
:(

Fot\; Alex Domanski/Getty Images za: Guardian