Ja Austria, ty Austria, ono Austria..
Czytam radosne "je suis autrichienne" we wszystkich możliwych osobach i przypadkach, i jak naprawdę cholernie lubię Austriaków, Austrię, austriacką sztukę, austriackie wino, austriackie góry i marcepan z nugatem (niekoniecznie w tej kolejności), i jak tam mam od lat paru dobrych przyjaciół, od Wiednia po Guttenberghaus, tak cokolwiek trudno mi ten hurraoptymizm przyjąć bez bolesnej czkawki. Co ciekawe, znajomym Austriakom tyż trudno. Oj, trudno!
Dobrze się stało, że "jaki-ja-tam-prawicowy" Hofer przegrał z byłym szefem Zielonych i dyskretne westchnienie ulgi jest jak najbardziej na miejscu - nawet jeśli musi być podszyte sporą dawką niepokoju.
Ale już z tą euforią...
Z euforią to walimy jak Clinton w maju.
Ale już z tą euforią...
Z euforią to walimy jak Clinton w maju.
Hurra! Neonaziści pokonani!
Kadr z Młodych lwów, czyli Irwin Shaw w reżyserii
Dmytryka i interpretacji Marlona Brando. Znakomita to jest
książka i niezły film, a jak się właśnie okazało, Brando miał więcej
wspólnego z Christianem Diestlem niż tylko podfarbowane na blond loczki...
Tak naprawdę, FPÖ Hofera nie jest, jak się u nas chętnie pisze, partią neonazistowską. FPÖ jest po prostu partią postnazistowską - wśród jej założycieli i wśród jej członków byli dawni naziści, jej pierwszym przywódcą był honorowy brygadier SS, Anton Reinthaller, a sama partia pośród swych zadań postawiła m.in. włączenie głosów wcześniejszych zwolenników anschlussu do powojennej polityki austriackiej. (I przy okazji głosy narodowców też mieli włączyć. No co? Nikt chyba serio nie oczekuje od obu tych grup logicznego myślenia?)
W czym problem - zapytają być może piękni euforzy i ewentualnie elokwentne euforki - przecież przegrali!
No przegrali, przegrali, ale wygląda na to, że raptem o 6% z groszami. Kandydat postnazistów dostał ponad 46% głosów! Mało, że aż trudno w to uwierzyć: oto parę lat po ujawnieniu, iż ówczesny prezydent był dumnym członkiem Sturmabteilung, wciąż tylu ludzi na to tałatajstwo głosuje, mało tego, powtórzę, to gorzej jeszcze, bo za dwa lata, w 2018, będą w Austrii wybory parlamentarne.
I tu mały kłyz dla czytelników. Bo te kłyzy straszliwie są popularne i na fejsie nawet najbardziej rozsądni ludzi doczepiają linki pozwalające uzyskać odpowiedź na dręczące mnie egzystencjalne pytania w rodzaju:
"jakiego koloru kostką toaletową jesteś?"
("Jesteś kostką koloru błękitnego, uwielbiasz podróże i zapach morskich fal, przyjaciele nad życie cenią ulotny czar twych żeglarskich opowieści i czekają z uchem w muszli aż im morze zaszumi!")
Tak więc dziś - emocjonujący kłyz Marlowa:
Kto sądzi, że Zieloni utrzymają w wyborach parlamentarnych znaczącą ilość z 53% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich, rączka w górę?
Hmmmm...
A teraz, kto podejrzewa, że FPÖ utrzyma znaczącą ilość z 46% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich?
No właśnie...
Na Van der Bellena głosowali zwolennicy wielu różnych partii, którzy podczas wyborów parlamentarnych znów się podzielą, na Hofera głosowali wyborcy, którzy wierzą, że kandydat postnazistów u władzy to jest dokładnie to, czego trzeba krajowi.
Na Van der Bellena głosowali zwolennicy wielu różnych partii, którzy podczas wyborów parlamentarnych znów się podzielą, na Hofera głosowali wyborcy, którzy wierzą, że kandydat postnazistów u władzy to jest dokładnie to, czego trzeba krajowi.
FPÖ ma obecnie 20% miejsc w parlamencie, Zieloni - 12%.
Tu nie ma czego świętować, to zimny prysznic był, trzeba się brać do roboty.


Zapomniałem o nazizmie, a przecież jak piszesz, FPÖ to jest partia postnazistowska. Ale nazizm nie zdążył zademonstrować się w wersji niewojennej. Chyba im się - połowie wyborców w Austrii, nie marzy gorąca wojna jądrowa?
OdpowiedzUsuńPolitycy "estasbliszmentowi", eksperci, publicyści i inni coraz mocniej kojarzą mi się z Towarzystwem Płaskiej Ziemi albo z przedszkolem nr.6.Van der Bellen wygrał stosunkiem głosów 53,8 do 46,2 proc. Zieloni w sondażach mają 13% poparcia, partia Hofera 33%. Dobrze, że wybory parlamentarne są za dwa lata, teoretycznie chadecja, socjaldemokraci i zieloni maja czas by odebrać część poparcia FPÖ. Inna rzecz: czego połowa Austriaków chce? Bieda im doskwiera, w doopach im się poprzewracało, inne? A może mieszkańcy prowincji w Austrii i innych krajów czują coś, jakiś swoisty, zbiorowy,niepokój egzystencjalny, lęk przed śmiercią cywilizacji? Albo nie odróżniają fikcji od rzeczywistości i wydaje im się, że glosując uczestniczą jedynie w grze komputerowej? Nie wiem, co o tym sądzić. Jeśli ludność tu i ówdzie chce rozwalić dzisiejszy porządek, to nikt nie ma nawet cienia pomysłu na lepszy. Jedynie stary Marks pozostał, ale przecież niedawno skończyliśmy testowanie jego teorii...
OdpowiedzUsuńBardzo trudno podać rozsądną odpowiedź, bo też wyjątkowo mało jest rozsądku w całej tej sprawie. Mają naprawdę dobry socjal, niskie bezrobocie, po kryzysie 2011 znów wzrasta GDP - ba, KTM robi nawet lepsze motocykle niż BWM ;-) Nb. sprawa emigrantów jest tu dość charakterystyczna - bardzo mało jest emigrantów na austriackiej prowincji. Emigranci (to znaczy ci, którzy jeszcze nie wyjechali do Niemiec) ciążą ku dużym miastom - a duże miasta wyraźnie głosowały przeciw Hoferowi.
UsuńDuże miasta głosowały wyraźnie i zdecydowanie przeciw Hoferowi, prowincja, w sporej części, wyraźnie za. I gdy dla wiedeńczyków nazistowskie tradycje FPÖ są oczywiste, to na prowincji są one zdecydowanie bagatelizowane - inna sprawa, że akurat nazizm austriacki miał znaczące korzenie prowincjonalne, po wojnie dyskretnie maskowane (ba, sam Hitler przecież z takiej austriackiej głębokiej dziupli się wywodził).
Ja odrobinę (to nie jest retoryczna przesada, naprawdę tylko trochę) tę austriacką prowincję znam, i moim zdaniem ona sobie nieźle radzi. Jednak są tam widoczne wyraźne zmiany. Następuje konsolidacja farm w bardzo duże przedsiębiorstwa rolne, wymuszona zarówno ekonomicznie, jak i socjalnie - bardzo przyzwoita edukacja także na terenach wiejskich skłania sporo młodych ludzi do przenoszenia się w rejony miejskie. Owszem, dobrze działają małe gospodarstwa ekologiczno-organiczne i trochę ich jest, ale jednak ci, którzy pozostają na wsi i w małych miasteczkach, częściej pracują w usługach - związanych z turystyką, logistyką towarów i produkcji, albo z "daczami" mieszkańców miast, których to daczy jest coraz więcej. (Zamożniejsi mieszczanie wykupują tanie domy na wsi.)
To nie są - moim zdaniem - zmiany na gorsze, ale są to zmiany bardzo wyraźne. Być może - tu zgaduję oczywiście - być może powodów trzeba szukać w rosnącym poczuciu "podrzędności" mieszkańców prowincji? Bo naprawdę, wydaje mi się, że to jest przede wszystkim wybór emocjonalny i "romantyczny" - akurat w raczej masochistycznym kontekście tego ostatniego terminu. Stąd moje przekonanie o potrzebie "pozytywnego populizmu", który pozwoliłby się tej części społeczeństwa odnaleźć - bez potrzeby głosowania na postnazistów.
"Podrzędność", wspomniana przez Ciebie, może być istotnym powodem. Nie tylko w Austrii, także w Wielkiej Brytanii. Zauważyłem, w opracowaniu tamtejszych autorów (zalinkowanym zresztą przez Ciebie), gorycz ludzi, którzy wcześniej byli hutnikami, metalowcami, budowlańcami i najwyraźniej czuli wtedy, że byli kimś. Teraz, żyjąc na garnuszku państwa, są nikim. Pewnie dość łatwo można zrobić propagandę, podkreślająca ważność usługodawców, ale jak podnieść mniemanie o sobie żyjących wyłącznie z socjału, pojęcia nie mam. Oczywiście, można liczyć na przyzwyczajenie się kolejnych pokoleń do życia z socjału (tak się przecież dzieje), ale to społecznie bardzo ryzykowne rozwiazanie.rozwiazanie
OdpowiedzUsuń"Die Stadt ohne Juden" - jakoś komentarzy do twojego wpisu brak. Opary absurdu toczą wyrównaną walkę ze zdrowym rozsądkiem na internetowym ringu. Ciekawe jak znawcy wszelkiego rodzaju nacjonalizmów i antysystemowych ideologii wyglądali by w starciu "na żywo"? Praca ze wspomaganiem serwerów Google, połączonych z mózgiem przez filtr algorytmów wyszukiwania i selekcję poglądów z uwagi na chęć do zamieszczenia ich lub nie w punktowanych przez wyszukiwarkę miejscach sieci, tworzy nowe istoty. Homo Internetus stał się faktem...
OdpowiedzUsuńTaka dyskusja bez dostępu do sieci byłaby prawdopodobnie uznana za "znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem".
Usuń:D
Ciekawa to jest sprawa z różnymi produktami alt-truth - w sumie, tak naprawdę, przecież wystarczy chwilę pomyśleć, żeby dojść do wniosku, że jest wyjątkowo mało prawdopodobne by naukowiec Iksinski pisał kompletne farmazony - choćby ze względu na historię rodziny Iksińskich (jeśli już nawet zapomnimy o zdrowym rozsądku). I tu z nieocenioną pomocą pospieszy internet, bo bez problemów znajdzie się osobnik Igrekowski, powiedzmy elegancko - nie do końca zrównoważony, który, przeczytawszy gdzieś zdanie o kontrowersyjności Iksińskiego zajrzy do tegoż pracy. A że praca trudna jest w odbiorze niemożebnie, zaglądanie skończy się na spisie treści. Który to spis treści wystarczy Igrekowskiemu by z entuzjazmem stwierdzizć, że Iksiński promuje dokładnie takie farmazony w jakie on, Igrekowski, wierzy całym sercem.
I to jest w sumie normalne, i bez internetu też się kiedyś zdarzało. Internet jednak wprowadza ten nieszczęsny mechanim memu, o którym Dawkins i spółka pisali - mianowicie im głupszy tekst, tym bardziej się rozpowszechnia.
Kiepska informacja wypiera dobrą informację - z prękością min. 20Mb/s...
Może problemem jest podnoszący się wśród ludzi poziom tolerancji dla oszustów? Oszustwem jest również udawanie kogoś, kim się nie jest Wszyscy wspomagany się internetem. Nieliczni robią to umiejętnie i mądrze.Bardzo wielu zwyczajnie oszukuje, bo musi mieć swoje przysłowiowe pięć minut.Nie mieszam tego z podpisywaniem się, bo to może być w najgorszym wypadku uciążliwe, ale raczej nie szkodliwe. Nie pomoże ucieczka w kolejny portal, bo tam też prędzej, czy później dopadnie nas osoba gatunku Homo Internetus. Najbardziej przerażające jest to, że ona to czyta, ale nie ma pojęcia o co chodzi... ;)
OdpowiedzUsuńBardzo możliwe - w kwestii problemu tolerancji dla oszustów i dla zwykłej (lub niezwykłej ;) głupoty. Trochę to chyba wynika też z intelektualnego lenistwa. Jeśli jakąś skomplikowaną sprawę przemyślimy, okazuje się, że może i są rozwiązania, ale nie ma rozwiązań łatwych. Szuka więc wiara drogi na skróty czy jakiegoś tam ślepego trafu.
UsuńA wieki wpajania szacunku dla słowa pisanego powodują, że każdy argument przejdzie, pod warunkiem, że został gdziekolwiek napisany...
Internetusy oczywiście mogą łapać, o co chodzi, ale tu się chyba pojawia często ostatnio opisywany psychologiczny mechanizm "uprzedzeniowych martwych punktów" - wiadomo, że posiadanie uprzedzeń jest rzeczą naganną, więc internetus i internetessa podświadomie eliminują z pola widzenia tę grupę faktów, która mogłaby wywołać u nich wątpliwości, czy przypadkiem nie przejawiają uprzedzeń właśnie.
Dlatego te wredne, nudne i upierdliwe, szczegółowe fakty, liczby i dane mają naprawdę tak ogromne znaczenie - kiedy o nich rozmawiamy po prostu musimy konfrontować własne uprzedzenia...
Może problemem jest podnoszący się wśród ludzi poziom tolerancji dla oszustów? Oszustwem jest również udawanie kogoś, kim się nie jest Wszyscy wspomagany się internetem. Nieliczni robią to umiejętnie i mądrze.Bardzo wielu zwyczajnie oszukuje, bo musi mieć swoje przysłowiowe pięć minut.Nie mieszam tego z podpisywaniem się, bo to może być w najgorszym wypadku uciążliwe, ale raczej nie szkodliwe. Nie pomoże ucieczka w kolejny portal, bo tam też prędzej, czy później dopadnie nas osoba gatunku Homo Internetus. Najbardziej przerażające jest to, że ona to czyta, ale nie ma pojęcia o co chodzi... ;)
OdpowiedzUsuńWygląda na to, że jakimś cudem wkleiła się powtórka. ;-)
Usuń34 yr old Speech Pathologist Minni Klejin, hailing from Shediac enjoys watching movies like "Flight of the Red Balloon (Voyage du ballon rouge, Le)" and Cooking. Took a trip to Abbey Church of Saint-Savin sur Gartempe and drives a Bugatti Type 57SC Atalante. zerknij na strone internetowa
OdpowiedzUsuń