poniedziałek, 28 września 2015

Akaitsuki no Ryokan, czyli Oberża pod Czerwonym Księżycem

Prezentuję niniejszym plon mojego przed i wczorajszego polowania na Czerwony Październik. A nie, przepraszam. Na Czerwony Księżyc (ale prawie w październiku). Nockę na tym polowaniu spędziłem bez mała, ku zgrozie krewnych i znajomych Królika. Bez mała obejmuje okres krótkiego wypoczynku w leśniczówce znajomego, gajowego Maruchy, dysponującego psem myśliwskim, zapasowym wyrkiem, ciut chwiejnym dostępem do internetu, i zapasami dla spragnionych wędrowców. Efektem było sporo zdjęć, na których był czarny liść na czarnym tle, i kilka zdjęć, na których pojawiło się coś jeszcze. Plus parę haiku, które sobie przy okazji, u gajowego Maruchy poczytałem (gajowy ma nawet lepszą bibliotekę od mojej), przeczekując czas między pstrykaniem wschodu księżyca, a pstrykaniem właściwego perygeum, i które, zanim je przedwczesna skleroza wymaże, tu podrzucam.



______________________________







Cudowny księżyc,
Ale dziękuję chmurom,
Za chwilę ulgi dla szyi...
                                   
Matsuo Bashō (Matsuo Kinsaku, także Matsuo Chūemon Munefusa, 1644 – 1694). Ostateczny i definitywny bóg haiku. Tak naprawdę, to całe haiku, to za jego czasów był tylko pierwszy wiersz podawany w popularnej niegdyś w Japonii rymowanej grze towarzyskiej. Bashō, na ten przykład, rzucał takim boskim księżycem za 10 punktów, jak wyżej, a pechowy sąsiad po prawej musiał improwizować następną zwrotkę, odnosząc się do wybranych motywów, słów, nastroju, choroba wie czego jeszcze. Wiara przez to łysiała, i tak się narodziła słynna fryzura samurajska „wysokie czoło” (szczęście, że Lecha jeszcze nie pili, bo to obcięcie na kapsel...) Później niejaki Herman Hesse sobie to i owo skojarzył i napisał Grę szklanych paciorków, niegdysiejsze pierwsze strofy zaczęły żyć własnym życiem i nikt już nie pamięta, że Bashō zadowolony był nie ze swoich haiku, a z talentu do wiązania następnych strof. Następnych! Bashō, na całe szczęście, nawet gdyby te głupie 300 lat ekstra przeżył, to i tak by się tym nie przejął, miał bowiem zwyczaj traktować wszystko i wszystkich, także i siebie, z ironicznym dystansem. Stąd i wierszyk powyżej.







W blasku księżyca
Czuję ciężar na piersi
Samotność


Masaoka Shiki (Masaoka Noboru, 1867 – 1902). Masaoka do dystansu miał pewien dystans. Dziecię podupadłego samuraja-alkoholika i córki uczonego konfucjonisty, nie dziwota, że w nastoletniej młodości został radykalnym demokratą, (albo wprowadzimy demokrację, albo nie zostanie kamień na kamieniu!), obecnym na rozmaitych czarnych listach swoich czasów i z prywatną kolekcją wilczych biletów. Kiedy wszak kanapowa partia, do której on tak ze wszech miar, odeszła w mroki dziejów, a jej przywódcy uznali fiskalną celowość dołączenia do bardziej popularnych formacji, Masaoka się do radykalizmu rozczarował, i, po niezbyt udanych studiach akademickich a’la Aleksander Kwaśniewski, został poetą, dziennikarzem i pisarzem. Z dziennikarstwem to mu średnio szło, bo choć wyraźnie mówił, że żołnierze japońskiej armii w Chinach zachowują się, jak ostatnia hołota, kot z kulawą nogą nie zwrócił na jego teksty uwagi. Z poezją wszak poszło mu nadzwyczaj dobrze, bo do dziś cieszy się zasłużonym uznaniem, jako człowiek, który zdołał przetworzyć tradycyjną, popularną formę poematu czasów Edo na nowoczesne haiku. Był też, przy okazji, bodaj jednym z pierwszych w Japonii graczy w baseball. I nie, nie chodzi tu o to, że rozbijał łby kijem baseballowym w ramach demokracji radykalnej. W palanta pogrywał, mówiąc po naszemu. Niewłaściwy wybór sportu, albo niewłaściwy trening, tak, czy siak, w wieku 34 lat zmarł na gruźlicę. I, w zasadzie, rzeczywiście w samotności, bo tych paru irytujących, apologetycznych studentów, to raczej przekleństwo jest, niż dobre towarzystwo...








Napełnia gniewem
Księżyc, napełnia mnie gniewem
I czyni całą.

― Takeshita Shizunojo (1887 – 1951)
Jeśli nieco mniej  kobiet niż mężczyzn pisało haiku, to przecież ani nie z braku talentu, ani nie z braku edukacji, a najzwyczajniej z braku czasu, bo gdzie tu łapać za pędzelek między zajmowaniem się dziećmi, domem, finansami rodzinnymi, psem, kotem, kanarkiem męża (bez skojarzeń, bardzo prosimy), samym mężem i licho wie czym jeszcze. Pani Takeshita, absolwentka znakomitej Szkoły Żeńskiej w Fukuoka, nauczycielka i poetka, po roku 1945, wówczas już od dawna wdowa, w wieku 58 lat została małorolną rolniczką, by pomóc wyżywić krewnych w powojennych latach głodu...
A mnie ten księżyc też akurat napełniał gniewem, bo mi właśnie pękła głowica statywu, i tylko gorylą łapę miałem w rezerwie, a goryla łapa w nocy, to horror jest, i nic więcej.






Przy moim oknie 
porzucony przez złodzieja
lśniący księżyc

Taigu Ryōkan (Yamamoto Eizō, 1758–1831). Ryōkan, z przyczyn, które dawno już zaginęły w mętach historii, niedorostkiem będąc porzucił dom i został mnichem w świątyni zen szkoły Sōto, odmawiając przyjmowania jakikiejkolwiek pomocy od rodziny. Z czasem został poetą i okazjonalnym pustelnikiem – okazjonalnym, gdyż niekiedy więcej czasu niż w pustelni spędzał na popijawach i rozmaitych imprezach w ówczesnych odpowiednikach remiz – a trzeba tu zauważyć, że Japonia jego czasów miała już zorganizowaną straż pożarną. Niestety, nie była to Ochotnicza Straż Pożarna, więc żeglarz Waldek, kiedy tam dopłynął, to tylko zaklął szpetnie, i zaraz odpłynął. Ryōkan, dnia pewnego, niespodziewanie wcześnie powracając z imprezy w pobliskiej remizie, zaskoczył w swej pustelni złodzieja, cokolwiek podłamanego ewidentnym brakiem czegokolwiek nadającego się do wyniesienia. Zakłopotany pustelnik czym prędzej ściągnął z grzbietu własną, ostatnią kapotę i wręczył gościowi, nie chcąc by bidok, który aż tak długą drogę odbył, wracał z pustymi rękami. Ale nie tylko dlatego wychwalano jego dobroczynność...






Księżyc w zenicie
Wolno wędruję
Dzielnicą nędzy.
                                     
Yosa Buson (Taniguchi, 1716 – 1784). Trzech było tych haikuszkieterów w czasach Edo (to wtedy, kiedy Richard Chamberlain do Japonii jeździł), Basho, Issa i właśnie Buson. Każdy z nich przejawiał dziwne upodobanie do pieszych wędrówek (niewątpliwie dlatego, że nie wynaleziono jeszcze motocykla), ale to Buson właśnie jako turysta został zapamiętany. Głównie ze względu na swój, napisany wierszem, nostalgiczno-humorystyczny przewodnik turystyczny po japońskim interiorze, czyli Oku no Hosomichi, inaczej Ścieżki w głąb kraju. W Japonii jest tak, że wiara generalnie na wybrzeżu mieszka, w centrum wysp są góry, i tam, jak wiadomo, tylko mad dogs and Englishmen. Czego prawdziwość sam mogę zaświadczyć, bo też paru Angoli tam widziałem. Buson, turysta górski, ścieżki w głąb wydeptywał i przy ognisku haiku pisał, z wyczekiwaniem spoglądając na przodków pana Hondy. Tak też się jakoś zdarzało, że jak już do miasta trafił, to do podejrzanych wyrtli go ciągnęło, zamiast na salony. Szczęśliwie, we właściwym wieku 45 lat, doświadczony turysta górski i sławny poeta zawarł związek małżeński z dwudziestoletnią Miss Japonii z biustonoszem w rozmiarze D z niezwykle miłą niewiastą, ustatkował się, i po górach chodził tylko w najbliższej okolicy, tak, by wieczorem być w domu gdzie czekała na niego dwudziestoletnia Miss Japonii z szanowna małżonka. Czasem i poecie happy end się przytrafi.




Księżyc żniwiarzy,
Nie tylko na niego czeka
Tania dziwka.

Kobayashi Issa (Kobayashi Nobuyuki, inaczej Kobayashi Yatarō, 1763 – 1828). U tych buddystów, to jest tak dziwnie poukładane, że jak ktoś świecki chce być kapłanem, to pochodzi przez parę miesięcy do wieczorowej szkoły buddystów, potem sobie poszuka wolnej świątyni (albo sobie sam postawi, żeli wszystkie zajęte), i szlus. Żonę też może mieć, i nie musi udawać, że gospodyni, czy inna ministrantka. Jak ma być bez żony, to jest kapłon, nie kapłan. Acha.
No, nie wiem. Jakoś mi się wydaje ten system jakby psychicznie zdrowszym (i nie, nie jestem buddystą, to obiektywna ocena). Przy okazji, takie wyluzowanie hierarchii pozwala na właściwe określenie priorytetów. Gdyby Issa żył dzisiaj, to by blogował, i taka jest prawda. A blogowałby posługując się nickiem Issa, czyli „czarka herbaty”. (Albo, na przykład, Marlow. Też elegancko!) Że szak żył dawno temu, musiał pisać wiersze, co było niegdysiejszą formą blogowania. Hejterzy, oczywista też byli. Hmmm... Właściwie, jak się nad tym zastanowić, to Issa wówczas za hejtera powszechnie uchodził , bo co drugi poemat to albo rozpustę kolegów mnichów wyśmiewał, albo, jak w powyższym, o prostytutkach. Haters gonna hate!
A księżyc żniwiarzy, to jest właśnie ten czerwony księżyc, co byście go, szanowni czytelnicy, wczoraj w nocy widzieli, gdybyście nie spali snem sprawiedliwych.






Gdy odchodzę
W wodzie kroczy za mną
Przyjaciel księżyc 

Mizuta Masahide (1657–1723), samuraj, który wolał być poetą i lekarzem, ulubiony uczeń Matsuo Basho. Najbardziej znany jest jego (ociupinkę kiczowaty) wiersz o tym, jak spalenie stodoły otworzyło mu niezrównany widok na księżyc. Tu jednak, na zakończenie, podrzuciłem nieco mniej znany jisei, czyli poemat śmierci, czyli wers pisany, kiedy człowiek czuje, że naprawdę najwyższy czas na nowy testament. Swoją szosą, niekiedy może faktycznie warto miecz na chwilę odłożyć? W sumie, nie mamy tego czasu aż tak wiele...O czym, poniekąd, wers powyższy życzliwie przypomina.


I tą, nieco sentymentalną refleksją...

sobota, 12 września 2015

Błogosławieni, którzy nie uwierzyli...

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki debacie w sprawie przyjmowania uchodźców, a w sumie to chyba bardziej dzięki brakowi takiej debaty,  mieli dziś rodacy jakże sympatyczną okazję do oddania się naszemu narodowemu sportowi, czyli demonstrowaniu. Demonstrowano w kilku miastach, a najgorliwiej, jak należy, w sztoliczy, gdzie odrobinę zarośnięta grupa demonstranów skandowała "Chcę A-rabkę za są-siadkę", (Autor! Autor!) starając się zagłuszyć pobliską, nieco większą grupę ciut wyleniałych wyłysiałych demonstrantów mężnie krzyczących "Koń tro-jański! Koń tro-jański!" (Tu wiemy, że autorem był Homer. Simpson.)




Mimo rozbuchanych emocji, demonstracje obyły się bez rękoczynów - jak mi donosi niepewne źródło, ponoć głównie dzięki temu, iż uczestników rozdzieliła trzecia grupa, wprowadzeni w błąd miłośnicy hippiki, którzy przybyli pod kolumnę Zygmunta by demonstrować pod hasłem "Koń arabski!"

Szczęście to całe, że do rękoczynów nie doszło, bo jeszcze by i o rodakach z centrum Warszawy trzeba było powiedzieć, że to dzicz straszna i niezasymilowana, zupełnie jak ci uchodźcy i inni imigranci.

Widziałem, jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać. Autokar, w którym się znajdowałem z grupą, próbowano rozhuśtać. Rzucano w nas gównem, walili w drzwi, żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę... Pytam się, w jakim celu? Jak ta dzicz ma się zasymilować w Niemczech?

Taki oto, dramatyczny opis jeszcze dwa dni temu można było znaleźć na facebookowym profilu pana Kamila Bulonisa.
[-] Kamil Bulonis. Fot.: World of Big Brother.

 Dziś tekst zniknął, stając się kolejnym dowodem okupacyjnej cenzury rządzacej polską wersją popularnego serwisu.
Czytelnikom, którzy o panu Kamilu szczęśliwie nigdy wcześniej nie słyszeli (czyli podobnie jak ja... wstydźmy się...)  wyjaśniam, iż jest to słynny bloger, podróżnik, gwiazdor reality show i gej - tak w każdym razie przedstawił go Karnigore Kanibal, niegdyś bloger Newsweeka, dziś Znany z platformy blog.pl.



 Wpis Kanibala podsunął życzliwy wujcio Gugiel, kiedy próbowałem się ciut więcej dowiedzieć o makabryczno-groteskowych wydarzeniach, o jakich pan Kamil donosił nam z  granicy włosko-austriackiej, czyli rejonu, który, nie chwalący się, odrobinkę znam i bardzo lubię. Kanibal wszak, zamiast opisywać dzicz, chyba jako jeden z pierwszych postawił spory znak zapytania pod fejsbukowym tekstem, sugerując, że to się nie trzyma kupy, że pan Kamil niczego podobnego by nie napisał, i że to najprawdopodobniej robota antygejowego, inaczej zwykła podróba, wrzucona na zhakowany profil podróżującego gwiazdora, mechanicznie powielana przez bulgoczące z oburzenia prawicowe szambo (wyznam, czasem brakuje mi tych wyrazistych kanibalizmów! ;-) )

Pomylił się chyba tym razem Kanibal, skądinąd człowiek całkiem przecież rozsądny, z którym zdecydowanie częściej się zgadzałem niż nie. (Pozdro! ;-) ) Pomylił się, i pana Kamila niedocenił.

Pan Kamil, po kilku dniach wymownego milczenia, zabrał głos wobec coraz częstszych zastrzeżeń co do rzetelności relacji, wysuwanych zwłaszcza przez niedowidzących podróżnych, którzy jakoby sami przekraczali granicę włosko-austriacką, rzekomo  popularnymi przejazdami na autostradach A-22 (jak twierdzą, przez włoskie Bolzano, na Insbruck), i A 23 (koło Wenecji i na Klagenfurt, ha, Klagenfurt!), i którzy, oślepli z rozpusty, ani nie widzieli zdziczałych tłumów uchodźców, ani nawet koła ich pojazdów nie zostały obsikane przez psa sołtysa. Wyjaśnił więc pan Kamil - z nieco uprzejmą wyniosłością wobec tak oczywistego braku spostrzegawczości - że opisane przezeń dantejskie sceny nie działy się na samym przejściu, ale w tego przejścia bezpośredniej bliskości, na drodze SS621, na której on, zawodowy przewodnik wycieczek chrześcijańskich (...no proszę, postęp w każdej dziedzinie! - jak by to powiedział Praktyczny Pan)  był świadkiem rzeczonych bezeceństw, i z której to SS621, przewodniczony przez niego z narażeniem zdrowia  chrześcijański autobus został zawrócony przez włoską policję.

W ostatniej chwili! Już dzicz szykowała się do zamachu fekaliami na chrześcijańskich wycieczkowiczów, osłanianych mężną piersią pana Kamila, już szarawary opuszczali i kęsim okrutne chcieli robić, a tu wiuuuu... I jeno spalin z diesla się nawąchali - dobrze im tak, trzeba było się nauczyć sławojki stawiać, jako i my stawiamy!

Ekhm...
Tu pojawia się jednak pewien perfidny problem.


Otóż włoska droga krajowa SS621, niezwykle malownicza i w ogóle do prowadzenia fantastyczna (choć nieco mniej atrakcyjna, jeśli to, co akurat prowadzimy, to wynajęty Fiat Panda, o czym lojalnie czytelników uprzedzam!), bardzo więc widokowa ta droga niestety kończy się tam, gdzie egipskie flamingi zawracają, a konkretnie w sielskiej i alpejskiej dolinie Aurina, pod zboczami masywu Gran Pilastro, 3509 m. npm (na tej wysokości jest szczyt masywu, dolina, jak nazwa wskazuje, jest w dole).


 [-] Valle Aurina, fot. G.Izzi
Na pierszym planie pełne zezwierzęcenie.



Owszem, jeśli naprawdę bardzo się uprzemy, zdołamy tędy do granicy dojść i ją nawet  przekroczyć, pod warunkiem, iż dysponujemy sporą dozą doświadczenia i podstawowym sprzętem.

Nic więc dziwnego, że brak sprzętu i doświadczenia najwyraźniej popchnął tłumy dzikich uchodźców z tekstu pana Kamila ku okazaniu zupełnie niecywilizowanych zachowań, w rodzaju ciągnięcia za włosy starszych pań (jak wiadomo, cywilizowany Europejczyk za włosy ciąga jedynie młode panie - zob. il.) i ku wyuzdanym praktykom koprofilii (a może koprofobii? Trudno powiedzieć, pan Kamil był wszak pod silnym wrażeniem...)
[-] Andrzej Mleczko - Europejczycy cywilizowani.

Oślepiająca biel wiecznych śniegów masywu Gran Pilastro najwyraźniej też odebrała wzrok i rozum lokalnemu funkcjonariuszowi włoskiej policji z pobliskiego Predoi, który na pytania dziennikarzy - Italiano, słuchaj no, ilu mata tych  refjudżich - z uporem maniaka powtarzał, że w okolicy mają jedynie Rifugio Ponte di Ghiaccio, czyli Schronisko Lodowego Mostu, położone na wysokości 2545 m. npm.



[-] Ubezpieczenia na szlaku k. Rifugio Ponte di Ghiaccio.

Nazwę tłumaczę, bo kto wie, może się zdarzyć, że kiedy do tego rifugio szanowni czytelnicy zajrzycie - zachęceni właśnie  romantyczną nazwą - jakoś tak naturalnie dołączy ono do listy miejsc szczególne dobrze nadających się do rozkładania śpiwora, takich jak, na ten przykład, Hotakadake Sansō w masywie Hotaka w Alpach Japońskich,  Guttenberghaus w masywie Dachsteinu, czy niezawodne, swojskie 5 Stawów - choć to ostatnie, to już wyłącznie poza sezonem...

Niestety, a może na szczęście, rifugio i rifugiati to dwie zupełnie różne rzeczy są, i tylko to drugie słowo oznacza w języku włoskim uchodźców. O czym oczywiście pan Kamil, wytrawny przewodnik chrześcijański i gwiazdor surreality show, wie doskonale, podobnie jak wie, że tak naprawdę nie ma żadnego przejścia granicznego w okolicy Fonte della Roccia, czyli "Źródła Skał", jak się nazywa podobno  wioska - a w rzeczywistości kilka pasterskich szałasów - na której kończy się, słynna już teraz, włoska droga krajowa SS621.

[-] Kościół p.w. Ducha Świętego, Valle Aurina.


Wszystko to tylko efekt koszmarów nocnych po wystawnej kolacji u księdza dobrodzieja z gotyckiego kościółka pod wezwaniem Ducha Świętego, który w dolinie Aurina od XV wieku sobie stoi (kościół, ks. proboszcz jest nieco młodszy) Koszmar to był, nic jeno koszmar i może jeszcze brak wieczornego spaceru.

Moment.

W zasadzie, jak sobie przypomniał pan Kamil, to jednak były rekolekcje w hotelu San Fior. Ciężkie to musiały być rekolekcje, bo generalnie trudno w tym rejonie znaleźć "hotel San Fior". Mamy za to mieścinę San Fior, niedaleko Wenecji i dawnego przejścia granicznego na A-23, od SS621 bardzo odległego...



Geografia bezczelnie pcha się z butami do metafory, bo gdy Fonte della Roccia w dolinie Aurina to najbardziej na północ wysunięta miejscowość (miejscowość, to brzmi dumnie!) Włoch, najbardziej na południe wysuniętą jest Lampedusa, w okolicy której, przed dwoma laty, miały miejsce inne, tragiczne i, niestety, w tamtym wypadku całkowicie prawdziwe wydarzenia, o których wspominałem w poprzednim wpisie.

___________________


Skąd w nas to upodobanie nie tylko do bezrefleksyjnego podążania za wrzaskami, ale jeszcze  dodawania własnych?
W stadzie szympansów, mniej ważne samce podążają za wrzaskami samca alfa, same gorliwie powrzaskując.
A u nas? Czy to przypadkiem nie jest jeden z atawistycznych objawów dzikości?

Nic nie poradzimy. Schizofreniczni (nie wypada przecież zarzucać łgania w żywe oczy) autorzy rozmaitych głupot trafiają się z obu stron dzisiejszego podziału, i w równych ilościach znajdziemy ich zarówno wśród demonstrujących pod hasłem "Chcę Arabkę za sąsiadkę" (nb. starsi czytelnicy mogą uznać to hasło za niestosowne, pamiętając o ludowym porzekadle "nie da ci ojciec, nie da ci matka..."), jak i tych zgromadzonych pod hasłem "Koń trojański" .


Najmniej skłonni do schizofrenii wydają się w tej sytuacji członkowie grupy demonstrującej pod hasłem "Koń arabski".

Koń by się uśmiał!

...i tej odrobiny uśmiechu też wszystkim serdecznie życzę!
;-)






____________________________________

Okupacyjna cenzura na Facebooku wycięła wprawdzie tekst pana Kamila, na szczęście całość zachowana została z poświęceniem i bezgraniczną odwagą przez redaktorów portalu Niezależna:

Granica z Austrią: wstrząsająca relacja Polaka z autokaru napadniętego przez imigrantów.

Zależne omówienia poniżej:

RZ / Onet: "Rewelacje" polskiego blogera nt. imigrantów obiegły świat. Władze i policja wszystkiemu zaprzeczają.

Michał Gąsior / Na temat: Polski bloger napisał o ataku imigrantów na granicy Włoch i Austrii. “GW”: Historię wyssał z palca.

niedziela, 6 września 2015

Gdyby głupota miała skrzydła, niebo byłoby pełne unoszących się żurnalistów...


____________________________________



Alexandre Gabriel Descamps, Strażnicy przy drodze to Smyrny,
c. 1830, Musée Condé, Chantilly


  - Dodatek zwyczajny do mojego ostatniego wpisu 


Czesi ośmielili się ponumerować nielegalnych podróżników, co przy braku dokumentów było rozwiązaniem wprawdzie praktycznym, ale pijarowo fatalnym, zaś Victor Orban, zirytowany brakiem odpowiedzi, postanowił Salomeę obudzić ze snu srebrnego, i w tym celu częściowo zwrotnice otworzył, a właściwie podstawił autobusy zastępcze.
W konsekwencji, już w nocy z piątku na sobotę, do Austrii dotarło 3000 imigrantów i uchodźców, a w sobotę, od rana do wieczora, kolejne 3500 (dane z godz. 22.00)





Żeli się teraz tę główną, internacjonalistyczną prasę poczyta, toć wychodzi na to, że mamy prawie pokojowe oblężenie Wiednia! Już chciał zawsze wierny Ruch Narodowy skrzydła sobie, do stosownych narządów przypinać (my Polacy, wolni ptacy!) i z odsieczą ruszać, ale na szczęście mieli inne zobowiązania z okazji Dnia Kawalera. I bardzo dobrze, bo sprawa wygląda jednak ciut inaczej.



[] Na ilustracji - bardzo męski i patriotyczny tatuaż z wizerunkiem anorektycznego husarza.
Przed wytatuowaniem prawego ramienia proponujemy wizytę na siłowni...



W Austrii tymczasem, z sześciu i pół tysiąca przybyszów legalnych inaczej, 2500 zdążyło jeszcze w sobotę wyruszyć w dalszą podróż, wsiadając do pierwszych pociągów do Niemiec.
Pozostałe 3980 ma zamiar wyruszyć dziś (w niedzielę), najdalej jutro, po krótkim odpoczynku i odreagowaniu stresu związanego ze szczyptą papryki w węgierskim gulaszu.

- Skąd akurat 3980? -
 -O, to bardzo proste, mój drogi Watsonie. Z tysięcy przybyłych w nocy i w ciągu dnia do Austrii, o azyl w tym kraju poprosiło...
...20 osób. -

Liczbę 20 osób podała Pani Minister austriackiego MSW, a w tej Austrii jest taki dziwny obyczaj, że minister ma wiedzieć, co mówi. Austriacy, jeszcze przed paroma miesiącami, zakładali, że po azyl zgłosi się do nich w tym roku 100 tysięcy ludzi.
Aber... Meine lieben Austriacy! Czytam, że jak dotąd, zgłosiło się do was 160. (Już wliczając ostatnią dwudziestkę.) Zakładając, że do końca roku, dzień w dzień zgłosi się 20, to uzbiera się raptem 2520 osób, i, choroba, może się okazać, że Polska przyjmie więcej, i będzie siurpryza...

W "starej" Unii zauważyły to głównie małe, lokalne gazety, w rodzaju insbruckiej Tiroler Tageszeitung, piszącej: Tausende Flüchtlinge, aber nur 20 Asylanträge in Österreich (Z tysięcy uchodźców tylko 20 prosi o azyl w Austrii). Tu muszę zaskoczone uzupełnienie dodać, ponieważ następnego dnia nie udało mi się już znaleźć powyższej notki na stronach Dziennika Tyrolskiego, za to pojawia się, z pewną taką nieśmiałością, w kilku lokalnych mediach niemieckich.


 Można wszak starego psa nowej sztuczki nauczyć, więc też, na wsjakij słuciaj, zrzutkę ekranu wykonałem  z podobną informacją z niemieckiej N-TV (ilustracja powyżej).




Większość wielkonakładowej prasy internacjonalnej tego nie zauważyła, i generalny ton jest taki, że szczęśliwi uchodźcy znajdują schronienie w Wiedniu, uciekając od złych Węgrów  (sic!).



[] Na ilustracji obok - lisek Vuk, czyli typowy zły Węgier. Il.: Wiki.





Trawestując słowa nieśmiertelnego dr. Strosmayera:

Gdyby głupota miała skrzydła, w górze, nad nami, krążyłyby kolorowe stada progresywnych żurnalistów, odlewających się publiczności na kapelusze...


czwartek, 3 września 2015

Frau Kanzlerin, was werden Sie tun?

Bywało dotąd tak, że Niemcy, kiedy już udało im się sformować organizm przypominający państwo, natychmiast zaczynali podejmować aroganckie decyzje w imieniu całej Europy. Tych dzielimy, tego cesarza zastąpimy tym królem, ten teren należy się Niemcom, etc. etc.
Konsekwencjami tego były, wybuchające prędzej lub później, rozmaite wojny, zazwyczaj otwierane ciągiem sukcesów niemieckiej armii, w znacznej mierze spowodowanych zaskoczonym niedowierzaniem sąsiadów. Po pewnym czasie, jak było do przewidzenia, potencjał sił niemieckich stopniowo się wyczerpywał, a połączone (chwilowo i bardzo niechętnie, ale co zrobić...) siły kilku państw kolektywnie skopywały siedzenia niemieckich kolegów, łopatologicznie wyjaśniając, iż niekiedy dobrą zasadą jest powstrzymywanie się od decydowania za innych (niekiedy, bo owe państwa same też lubiły czasem za innych decydować, ale tu chodziło głównie o kwestie niszczenia lokalu i kosztów sprzątania).

Niemiec, generalnie, człowiek rozsądny, po kilku razach wreszcie doszedł do wniosku, że może coś w tym jest, i na dłuższy czas zrezygnował w ogóle z podejmowania za innych większych decyzji, z pewną niechęcią akceptując chaotyczny i nieco przypadkowy upadek Muru Berlińskiego, tudzież towarzyszące mu, zaskakujące odkrycie dwóch podgatunków homo germanicus, mianowicie Ossie i Wessie.

Powiedzmy sobie szczerze, ten stan rzeczy uważam za bardzo pozytywny. Generalnie im mniej politycy pchają palce między cudze drzwi, tym lepiej. Zdarzają się jednak sytuacje, w których naprawdę coś trzeba zrobić. Od kilku tygodni obserwujemy groteskowy spektakl wzajemnego obwiniania się, i towarzyszące mu cierpienie tysięcy ludzi.

A miało być tak pięknie...

W pierwszej połowie roku 2013, wg krążących w Niemczech plotek - opublikowanych przez Bild, Włosi mieli jakoby radzić sobie z imigracją w ten chytry sposób, iż każdemu nielegalnemu przybyszowi dawali bilet do Berlina i 500 euro na drogę:
Zudem haben die Flüchtlinge „nach eigenen Angaben 500 Euro von italienischen Behörden erhalten, wenn sie italienische Aufnahmeeinrichtungen freiwillig verlassen“.

Gazety są, jakie są.

Jak pisze Lenz Jacobsen w VoxEurop w rzeczywistości było to mocno przekręcone echo słów ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych, Hansa-Petera Friedricha, który wysłał do landów notkę z ostrzeżeniem, że celem imigrantów i uchodźców nie są Włochy, i że gdy tylko tam się znajdą, szukają możliwości wyjazdu do Niemiec, wykorzystując w tym celu przyznane przez Włochow zapomogi.

Pamięta ktoś jeszcze tragedię Lampedusy? 3 i 11 października 2013, 100 kilometrów od włoskiej wyspy Lampedusa (w pobliżu Malty) zatonęły dwie libijskie łodzie, przewożące afrykańskich imigrantów - z Erytrei, z Somalii i z Ghany. Utonęło ponad tysiąc osób.

To wówczas, 3 października 2013, Patrick Chappatte, pochodzący z Libanu Szwajcar, jeden z ciekawszych grafików dzisiejszej Europy, wykonał mało znany rysunek...

Patric Chappatte, Lampedusa. Za: VoxEurop.


Rysunek Chappattego, zaczął dziwnie pączkować, najpierw w postaci plagiatu sfotoszopowanego przez anonimowego odtwórcę związanego z  hiszpańskim CEAR...



...by ostatecznie zostać przypisanym Banksemu, poprzez podrabiany profil na FaceBooku...




i nieudolnie zacytowanym przez polski Newsweek, w tekście, który słusznie zirytował Amandę i którego tu nie zlinkuję, bo nie jest tego godny.


Tu niechże mi dygresja będzie wybaczona - otóż w całej tej, skądinąd żenującej, operacji propagandowo-plagiarystycznej, najbardziej podoba mi się jakże przyjemna omyłka, w której ociupinkę nadgorliwy pan Massimo Bonato z włoskiego portalu Omissi News, zdołał u Banksego odnaleźć polskie korzenie, kilkakrotnie zapisując nazwisko najsłynniejszego obecnie graficiarza jako "Bansky".
Polski rodowód Banksego bardzo by mnie ucieszył, na razie szak muszę z żalem do Massimo zawołać po galicyjsku:

TO NIE jeb  JE BANSKY!


Wróćmy wszak do naszych baranów, jak mawiał sędzia do Piotra Palentina (choć nie było wówczas jeszcze nie tylko Komisji Europejskiej, ale podobno nawet pani Merkel) .

W roku 2013 reakcja administracji Bundesrepubliki na coraz szybciej i szerzej płynący strumień przybyszów była chaotyczna i niespójna.
Pierwszym krokiem było stanowcze odwołanie się do sławnej Ustawy Dublińskiej, wg której uchodźcy mieli pozostawać w pierwszym z krajów EU, do których trafili. Ponieważ z Libii do Niemiec daleko, automatycznie powinni przejmować ich Włosi i Grecy. W porządku, Włosi mają swoje za uszami jeszcze z czasów boskiego Benito, co więcej, można ich nawet historycznie obwiniać za Erytreę, ale Grecy? Za co Grecy? Toż nawet antyczna kolonizacja grecka przebiegała pokojowo!

Pod naciskiem wkurzonych Greków i zirytowanych Włochów coś zaczęło się zmieniać, ale nadal wspomniany wyżej minister stanowczo odmówił przyjmowania jakichkolwiek Syryjczyków.

Następnie znów zmiana, Pan Minister Friedrich, łaskawie i niechętnie, zgadza się przyjąć 5000 imigrantów, owszem, nawet Syryjczyków, ale - uwaga! - najlepiej CHRZEŚCIJAN!

Brzmi znajomo?

Ostatecznie Friedrich - minister spraw wewnętrznych, szczęśliwie został Friedrichem - ministrem rolnictwa (gumno chłopu, nie zegarek...), a w Unii Europejskej zaczęły się rozpalające wyobraźnię spory o to, kto miałby przyjąć ilu imigrantów vel. uchodźców.

W tej chwili dyskusja o kwotach uchodźców czy imigrantów nie ma większego sensu. Co z tego, że don Donaldino wymyśli z sufitu liczbę 100 000?  Podobnie jałowe są dyskusje o podziale tych ludzi na imigrantów - motywowanych głównie zrozumiałą chęcią poprawy finansów - i uchodźców - motywowanych niezrozumiałą chęcią pozostania przy życiu.

To nie ma sensu, ponieważ ostatnie wydarzenia na Węgrzech dobitnie demonstrują to, co powinno być oczywiste od samego początku, i o czym już dwa lata temu mówili i Włosi, i Grecy.

Ani imigranci, ani uchodźcy, nie są zainteresowani przebywaniem na Węgrzech, w Polsce, Czechach, Bułgarii, czy Rumunii. Nie są zainteresowani przebywaniem w Grecji i we Włoszech (w których przebywaniem ja, na ten przykład, jestem zawsze bardzo zainteresowany). Ba, nie są specjalnie zainteresowani  nawet przebywaniem w Austrii - co dowodzi głównie słabej znajomości realiów Europy, bo uczciwie mówiąc austriacka organizacja społecznej, wzajemnej pomocy, jest, moim zdaniem, lepsza od niemieckiej.

Uchodźcy i imigranci mają konkretne cele, wśród których na pierwszym miejscu jest Bundesrepublika, a na drugim, ex aequo, ale znacznie dalej, Wielka Brytania i Szwecja. Pani Kanclerz Merkel sprawia wrażenie jakby co noc, nie mogąc zasnąć, zamiast liczyć tyrolskie owce przeskakujące przez progi podatkowe, pogrążała się w kontemplacji grzejącego serce, czteropunktowego scenariusza najnowszej, niemieckiej telenoweli, której akcja przebiega mniej więcej tak:

1.Wszystkich uchodźców i imigrantów przyjmujemy, jak leci, zusammen i do kupy, do Europy.

2.Uchodźcy i imigranci jadą do Niemiec, gdzie są serdecznie witani przez tubylców i lokowani w tymczasowych miejscach zamieszkania.

3.Przy życzliwej współpracy z rządami krajów UE, uśmiechnięci i szczęśliwi imigranci i uchodźcy są następnie rozlokowywani w rozmaitych państwach, tu pięć tysięcy, tam cztery, a w Polsce tylko dwa, bo Polacy są mniej gościnni, niż lubią o tym opowiadać.

4.Wszyscy żyją długo i szczęśliwie, choć w niektórych krajach Unii przeciętna długość życia i poziom szczęśliwości imigrantów są wyraźnie równiejsze niż w innych.

Z przykrością muszę zawołać:
Frau Kanzlerin! Dies ist ein Traum!

Po raz kolejny, osoba stojąca na czele Niemiec, kierowana najlepszymi chęciami, wybierając dowolne elementy obrazu rzeczywistości, próbuje mówić innym, co mają robić. Dobre chęci doceniam, podobnie jak i fakt, iż w charakterze kija zamiast tradycyjnych armat tym razem występują kredyty. Zawsze to mniej hałasu, a ja hałasu nie lubię. Ale nadal nie widzę możliwości  happy endu.

No przecież jeśli chcemy uszczęśliwiać uchodźców i imigrantów, to, na zdrowy rozum, nie możemy ich uszczęśliwiać na siłę! Pani Kanclerz stawia się oto w cokolwiek dwuznacznej sytuacji gospodyni, która, kiedy biedne dzieci sąsiadów przychodzą żebrać o marcepan, daje im łyżkę cukru, a potem proponuje znacznie zdrowszą  - a przy tym tańszą - kaszę. Po czym załamuje ręce kiedy te niewdzięczne bachory, niedwuznacznie i wulgarnie, wskazują jej zgoła nieprawdopodobne miejsce, w którym jakoby mogła kaszę tę przechowywać.

Uchodźcy i imigranci, dziś koczujący na dworcu w Budapeszcie, nie chcą azylu na Węgrzech. Kiedy Węgrzy, chcąc rozładować sytuację, odprawili jeden z pociągów, a następnie zatrzymali go 25 kilometrów od stolicy, w mieścinie, której nazwą nie będziemy się trudzić (dobrze, nazywa się Bicske, żeli ktoś już upierdliwie musi wiedzieć, wymawiamy: "biczke"), i próbowali skierować całą ekipę do położnego niedaleko ośrodka dla uchodźców, rozżaleni pasażerowie nie tylko nie okazali wdzięczności, ale jak jeden mąż zakrzyknęli:

"Nie chcemy waszego azylu! Chcemy do Niemiec!"


James Mates, korespondent brytyjskiej ITV, przekazał tweetem słynne już teraz zdjęcie jednej z rodzin, w składzie ojciec, matka i maleńkie dziecko, którzy, w dramatycznym proteście, i tak na oko na życzenie głowy rodziny, położyli się na torach.
Fot. James Mates, Bicse, Węgry, 3 września 2015. Za: The Telegraph.

(Co, muszę wrednie zauważyć, było akurat chyba mało produktywne, biorąc pod uwagę fakt, że chodziło im w sumie raczej o to, żeby pociąg jechał dalej...
Dobra, proszę mówić, że jestem bez serca, ale prawda jest taka, że od czasów demonstracji w stanie wojennym mam potworną alergię na teatralną histeryczność - także kiedy istnieją zrozumiałe ku niej przesłanki.)

Wniosek jest dość oczywisty:

ONI WSZYSCY CHCĄ DO NIEMIEC! DO NIEMIEC CHCĄ!

Taka jest prawda, i to nie są niczyje pobożne, czy bezbożne życzenia. Zwieback, Frau Kanzlerin, nie nadaje się na gulasz, a z gulaszu, nawet przy pani talencie, nie zrobi pani zwiebacka. No nie chce się trzymać, rozpaćkowywuje się, bałagan w kuchni i schluss!

Zdecydowanie nie darzę sympatią węgierskiego bratanka Jarosława Kaczyńskiego. Pompatyczny, samozwańczy zbawiciel z przerośniętym ego. Ale przecież nie jest to dureń, przeciwnie, to w miarę inteligentny facet (nawet jeśli mało strawny). Kiedy Orban mówi, że imigranci i uchodźcy nie chcą być na Węgrzech, że chcą do Niemiec, to jest przede wszystkim problem Niemiec, dlatego on naprawdę chciałby wiedzieć, co konkretnie Niemcy planują, to nie fantazjuje, tylko zwyczajnie usiłuje przebić się do Pani Kanclerz z umykającym jej fragmentem rzeczywistości.  Orban może tych ludzi zatrzymać u siebie - używając niezbędnej w takim wypadku siły - albo może im z ulgą pomachać ręką, otwierając zwrotnice na Berlin. Tak, czy siak, trzeba się przestać zasłaniać konsultacjami w EU i wyraźnie powiedzieć, czego chcą Niemcy, bo to oni są głównym adresatem konwojów.

Komisja Europejska:
- Czy powinniśmy przedyskutować to na następnym posiedzeniu?
- Potrzebujemy zgody wszystkich 28 krajów.
 - Mogą głosować przez uniesienie ręki.
(Rys. Wasserman, za: Boston Globe)

Dziś, tak jak niegdyś po upadku muru berlińskiego, rząd Bundesrepubliki musi podjąć decyzje, oparte na pełnym, niezafałszowanym obrazie sytuacji, z uwzględnieniem zasadniczego czynnika - czego imigranci i uchodźcy naprawdę chcą.

Nie moją jest rzeczą, by mówić Pani Kanclerz i jej ministrom, jakie to mają być decyzje.

Wiadomo, ludziom trzeba pomóc. Pomagać można wszak na różne sposoby. Można po prostu przyjąć ich w Niemczech jak leci - zapewne zmniejszając niemieckie kontrybucje do kociołka EU, bo to będzie kosztować i nie ma cudów. Można zamknąć zewnętrzne granice UE i przyjmować uchodźców, kierując ich do zamkniętych ośrodków (nie w tym rzecz, czy zamknięte ośrodki są, czy nie są humanitarne, z otwartych ośrodków oni po prostu wyjdą i ruszą do Niemiec, więc to nie ma sensu).
Można wreszcie użyć NATO do rozpieprzenia ISIS i przy okazji Asada. Rosjanie nie przejmują się Zachodem wchodząc na Ukrainę, Zachód może wyeliminować przyjazny Rosjanom reżym. Może - pamiętając o tym, że natura nie znosi próżni, i albo NATO będzie de facto okupować ten teren wspierając marionetkowy reżym mniej przyjazny Rosjanom, albo będzie jak w Libii.
Można, np., rozpieprzyć samo ISIS, tworząc na zajętych przez nich terenach nowy organizm, rzekomo tymczasowy, administrowany de facto przez NATO - ale, naturalnie, z wybranym rządem lokalnym. To obecnie dość obszerny teren, na którym mogliby bezpiecznie żyć uchodźcy.

Na pewno są inne jeszcze, znacznie lepsze możliwości.

Jednego robić nie wolno. Nie wolno dzielić uchodźców na silniejszych, którym udało się przebić do wcześniejszych pociągów, i słabszych, którzy zostają na budapesztańskim dworcu.

Więc choć dziś decyzja będzie już mocno spóźniona, przecież niechże wreszcie będzie!

Frau Kanzlerin, was werden Sie tun???


___________________

Na zakończenie piosenka Khadji Nan, chyba sprzed ćwierćwiecza. Khadja śpiewa w językach suahili i kurundi, ale że u nas imigrantów z jej stron na razie mało, tekst może być ciut trudny, więc dwa fragmenty przełożę, żeby mniej więcej było wiadomo o co biega. (Z angielskiej wersji przekład, z angielskiej, bez przesady, jaki tam ze mnie suahiloznawca...)

Nasz świat popada w szaleństwo
Ludzie tego świata
Okłamują się nawzajem
Nie są bogami
Są tylko ludźmi
Źli ludzie
Nie mają współczucia
Mówią tylko o sobie
Świat należy do nich.

Wojna w imieniu jakiego boga?
Wojna w imieniu jakiego koloru?
Wojna ma kolor krwi
Krew ma tylko jeden kolor.