______________________________
Cudowny księżyc,
Ale dziękuję chmurom,
Za chwilę ulgi dla szyi...
Matsuo Bashō (Matsuo Kinsaku, także Matsuo Chūemon Munefusa, 1644 – 1694). Ostateczny i definitywny bóg haiku. Tak naprawdę, to całe haiku, to za jego czasów był tylko pierwszy wiersz podawany w popularnej niegdyś w Japonii rymowanej grze towarzyskiej. Bashō, na ten przykład, rzucał takim boskim księżycem za 10 punktów, jak wyżej, a pechowy sąsiad po prawej musiał improwizować następną zwrotkę, odnosząc się do wybranych motywów, słów, nastroju, choroba wie czego jeszcze. Wiara przez to łysiała, i tak się narodziła słynna fryzura samurajska „wysokie czoło” (szczęście, że Lecha jeszcze nie pili, bo to obcięcie na kapsel...) Później niejaki Herman Hesse sobie to i owo skojarzył i napisał Grę szklanych paciorków, niegdysiejsze pierwsze strofy zaczęły żyć własnym życiem i nikt już nie pamięta, że Bashō zadowolony był nie ze swoich haiku, a z talentu do wiązania następnych strof. Następnych! Bashō, na całe szczęście, nawet gdyby te głupie 300 lat ekstra przeżył, to i tak by się tym nie przejął, miał bowiem zwyczaj traktować wszystko i wszystkich, także i siebie, z ironicznym dystansem. Stąd i wierszyk powyżej.
W blasku księżyca
Czuję ciężar na piersi
Samotność
Masaoka Shiki (Masaoka Noboru, 1867 – 1902). Masaoka do dystansu miał pewien dystans. Dziecię podupadłego samuraja-alkoholika i córki uczonego konfucjonisty, nie dziwota, że w nastoletniej młodości został radykalnym demokratą, (albo wprowadzimy demokrację, albo nie zostanie kamień na kamieniu!), obecnym na rozmaitych czarnych listach swoich czasów i z prywatną kolekcją wilczych biletów. Kiedy wszak kanapowa partia, do której on tak ze wszech miar, odeszła w mroki dziejów, a jej przywódcy uznali fiskalną celowość dołączenia do bardziej popularnych formacji, Masaoka się do radykalizmu rozczarował, i, po niezbyt udanych studiach akademickich a’la Aleksander Kwaśniewski, został poetą, dziennikarzem i pisarzem. Z dziennikarstwem to mu średnio szło, bo choć wyraźnie mówił, że żołnierze japońskiej armii w Chinach zachowują się, jak ostatnia hołota, kot z kulawą nogą nie zwrócił na jego teksty uwagi. Z poezją wszak poszło mu nadzwyczaj dobrze, bo do dziś cieszy się zasłużonym uznaniem, jako człowiek, który zdołał przetworzyć tradycyjną, popularną formę poematu czasów Edo na nowoczesne haiku. Był też, przy okazji, bodaj jednym z pierwszych w Japonii graczy w baseball. I nie, nie chodzi tu o to, że rozbijał łby kijem baseballowym w ramach demokracji radykalnej. W palanta pogrywał, mówiąc po naszemu. Niewłaściwy wybór sportu, albo niewłaściwy trening, tak, czy siak, w wieku 34 lat zmarł na gruźlicę. I, w zasadzie, rzeczywiście w samotności, bo tych paru irytujących, apologetycznych studentów, to raczej przekleństwo jest, niż dobre towarzystwo...
Napełnia gniewem
Księżyc, napełnia mnie gniewem
I czyni całą.
― Takeshita Shizunojo (1887 – 1951)
Jeśli nieco mniej kobiet niż mężczyzn pisało haiku, to przecież ani nie z braku talentu, ani nie z braku edukacji, a najzwyczajniej z braku czasu, bo gdzie tu łapać za pędzelek między zajmowaniem się dziećmi, domem, finansami rodzinnymi, psem, kotem, kanarkiem męża (bez skojarzeń, bardzo prosimy), samym mężem i licho wie czym jeszcze. Pani Takeshita, absolwentka znakomitej Szkoły Żeńskiej w Fukuoka, nauczycielka i poetka, po roku 1945, wówczas już od dawna wdowa, w wieku 58 lat została małorolną rolniczką, by pomóc wyżywić krewnych w powojennych latach głodu...
A mnie ten księżyc też akurat napełniał gniewem, bo mi właśnie pękła głowica statywu, i tylko gorylą łapę miałem w rezerwie, a goryla łapa w nocy, to horror jest, i nic więcej.
Przy moim oknie
porzucony przez złodzieja
lśniący księżyc
Księżyc w zenicie
Wolno wędruję
Dzielnicą nędzy.
Yosa Buson (Taniguchi, 1716 – 1784). Trzech było tych haikuszkieterów w czasach Edo (to wtedy, kiedy Richard Chamberlain do Japonii jeździł), Basho, Issa i właśnie Buson. Każdy z nich przejawiał dziwne upodobanie do pieszych wędrówek (niewątpliwie dlatego, że nie wynaleziono jeszcze motocykla), ale to Buson właśnie jako turysta został zapamiętany. Głównie ze względu na swój, napisany wierszem, nostalgiczno-humorystyczny przewodnik turystyczny po japońskim interiorze, czyli Oku no Hosomichi, inaczej Ścieżki w głąb kraju. W Japonii jest tak, że wiara generalnie na wybrzeżu mieszka, w centrum wysp są góry, i tam, jak wiadomo, tylko mad dogs and Englishmen. Czego prawdziwość sam mogę zaświadczyć, bo też paru Angoli tam widziałem. Buson, turysta górski, ścieżki w głąb wydeptywał i przy ognisku haiku pisał, z wyczekiwaniem spoglądając na przodków pana Hondy. Tak też się jakoś zdarzało, że jak już do miasta trafił, to do podejrzanych wyrtli go ciągnęło, zamiast na salony. Szczęśliwie, we właściwym wieku 45 lat, doświadczony turysta górski i sławny poeta zawarł związek małżeński
Księżyc żniwiarzy,
Nie tylko na niego czeka
Tania dziwka.
Kobayashi Issa (Kobayashi Nobuyuki, inaczej Kobayashi Yatarō, 1763 – 1828). U tych buddystów, to jest tak dziwnie poukładane, że jak ktoś świecki chce być kapłanem, to pochodzi przez parę miesięcy do wieczorowej szkoły buddystów, potem sobie poszuka wolnej świątyni (albo sobie sam postawi, żeli wszystkie zajęte), i szlus. Żonę też może mieć, i nie musi udawać, że gospodyni, czy inna ministrantka. Jak ma być bez żony, to jest kapłon, nie kapłan. Acha.
No, nie wiem. Jakoś mi się wydaje ten system jakby psychicznie zdrowszym (i nie, nie jestem buddystą, to obiektywna ocena). Przy okazji, takie wyluzowanie hierarchii pozwala na właściwe określenie priorytetów. Gdyby Issa żył dzisiaj, to by blogował, i taka jest prawda. A blogowałby posługując się nickiem Issa, czyli „czarka herbaty”. (Albo, na przykład, Marlow. Też elegancko!) Że szak żył dawno temu, musiał pisać wiersze, co było niegdysiejszą formą blogowania. Hejterzy, oczywista też byli. Hmmm... Właściwie, jak się nad tym zastanowić, to Issa wówczas za hejtera powszechnie uchodził , bo co drugi poemat to albo rozpustę kolegów mnichów wyśmiewał, albo, jak w powyższym, o prostytutkach. Haters gonna hate!
A księżyc żniwiarzy, to jest właśnie ten czerwony księżyc, co byście go, szanowni czytelnicy, wczoraj w nocy widzieli, gdybyście nie spali snem sprawiedliwych.
Gdy odchodzę
W wodzie kroczy za mną
Przyjaciel księżyc
Mizuta Masahide (1657–1723), samuraj, który wolał być poetą i lekarzem, ulubiony uczeń Matsuo Basho. Najbardziej znany jest jego (ociupinkę kiczowaty) wiersz o tym, jak spalenie stodoły otworzyło mu niezrównany widok na księżyc. Tu jednak, na zakończenie, podrzuciłem nieco mniej znany jisei, czyli poemat śmierci, czyli wers pisany, kiedy człowiek czuje, że naprawdę najwyższy czas na nowy testament. Swoją szosą, niekiedy może faktycznie warto miecz na chwilę odłożyć? W sumie, nie mamy tego czasu aż tak wiele...O czym, poniekąd, wers powyższy życzliwie przypomina.
I tą, nieco sentymentalną refleksją...



















