sobota, 12 września 2015

Błogosławieni, którzy nie uwierzyli...

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki debacie w sprawie przyjmowania uchodźców, a w sumie to chyba bardziej dzięki brakowi takiej debaty,  mieli dziś rodacy jakże sympatyczną okazję do oddania się naszemu narodowemu sportowi, czyli demonstrowaniu. Demonstrowano w kilku miastach, a najgorliwiej, jak należy, w sztoliczy, gdzie odrobinę zarośnięta grupa demonstranów skandowała "Chcę A-rabkę za są-siadkę", (Autor! Autor!) starając się zagłuszyć pobliską, nieco większą grupę ciut wyleniałych wyłysiałych demonstrantów mężnie krzyczących "Koń tro-jański! Koń tro-jański!" (Tu wiemy, że autorem był Homer. Simpson.)




Mimo rozbuchanych emocji, demonstracje obyły się bez rękoczynów - jak mi donosi niepewne źródło, ponoć głównie dzięki temu, iż uczestników rozdzieliła trzecia grupa, wprowadzeni w błąd miłośnicy hippiki, którzy przybyli pod kolumnę Zygmunta by demonstrować pod hasłem "Koń arabski!"

Szczęście to całe, że do rękoczynów nie doszło, bo jeszcze by i o rodakach z centrum Warszawy trzeba było powiedzieć, że to dzicz straszna i niezasymilowana, zupełnie jak ci uchodźcy i inni imigranci.

Widziałem, jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać. Autokar, w którym się znajdowałem z grupą, próbowano rozhuśtać. Rzucano w nas gównem, walili w drzwi, żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę... Pytam się, w jakim celu? Jak ta dzicz ma się zasymilować w Niemczech?

Taki oto, dramatyczny opis jeszcze dwa dni temu można było znaleźć na facebookowym profilu pana Kamila Bulonisa.
[-] Kamil Bulonis. Fot.: World of Big Brother.

 Dziś tekst zniknął, stając się kolejnym dowodem okupacyjnej cenzury rządzacej polską wersją popularnego serwisu.
Czytelnikom, którzy o panu Kamilu szczęśliwie nigdy wcześniej nie słyszeli (czyli podobnie jak ja... wstydźmy się...)  wyjaśniam, iż jest to słynny bloger, podróżnik, gwiazdor reality show i gej - tak w każdym razie przedstawił go Karnigore Kanibal, niegdyś bloger Newsweeka, dziś Znany z platformy blog.pl.



 Wpis Kanibala podsunął życzliwy wujcio Gugiel, kiedy próbowałem się ciut więcej dowiedzieć o makabryczno-groteskowych wydarzeniach, o jakich pan Kamil donosił nam z  granicy włosko-austriackiej, czyli rejonu, który, nie chwalący się, odrobinkę znam i bardzo lubię. Kanibal wszak, zamiast opisywać dzicz, chyba jako jeden z pierwszych postawił spory znak zapytania pod fejsbukowym tekstem, sugerując, że to się nie trzyma kupy, że pan Kamil niczego podobnego by nie napisał, i że to najprawdopodobniej robota antygejowego, inaczej zwykła podróba, wrzucona na zhakowany profil podróżującego gwiazdora, mechanicznie powielana przez bulgoczące z oburzenia prawicowe szambo (wyznam, czasem brakuje mi tych wyrazistych kanibalizmów! ;-) )

Pomylił się chyba tym razem Kanibal, skądinąd człowiek całkiem przecież rozsądny, z którym zdecydowanie częściej się zgadzałem niż nie. (Pozdro! ;-) ) Pomylił się, i pana Kamila niedocenił.

Pan Kamil, po kilku dniach wymownego milczenia, zabrał głos wobec coraz częstszych zastrzeżeń co do rzetelności relacji, wysuwanych zwłaszcza przez niedowidzących podróżnych, którzy jakoby sami przekraczali granicę włosko-austriacką, rzekomo  popularnymi przejazdami na autostradach A-22 (jak twierdzą, przez włoskie Bolzano, na Insbruck), i A 23 (koło Wenecji i na Klagenfurt, ha, Klagenfurt!), i którzy, oślepli z rozpusty, ani nie widzieli zdziczałych tłumów uchodźców, ani nawet koła ich pojazdów nie zostały obsikane przez psa sołtysa. Wyjaśnił więc pan Kamil - z nieco uprzejmą wyniosłością wobec tak oczywistego braku spostrzegawczości - że opisane przezeń dantejskie sceny nie działy się na samym przejściu, ale w tego przejścia bezpośredniej bliskości, na drodze SS621, na której on, zawodowy przewodnik wycieczek chrześcijańskich (...no proszę, postęp w każdej dziedzinie! - jak by to powiedział Praktyczny Pan)  był świadkiem rzeczonych bezeceństw, i z której to SS621, przewodniczony przez niego z narażeniem zdrowia  chrześcijański autobus został zawrócony przez włoską policję.

W ostatniej chwili! Już dzicz szykowała się do zamachu fekaliami na chrześcijańskich wycieczkowiczów, osłanianych mężną piersią pana Kamila, już szarawary opuszczali i kęsim okrutne chcieli robić, a tu wiuuuu... I jeno spalin z diesla się nawąchali - dobrze im tak, trzeba było się nauczyć sławojki stawiać, jako i my stawiamy!

Ekhm...
Tu pojawia się jednak pewien perfidny problem.


Otóż włoska droga krajowa SS621, niezwykle malownicza i w ogóle do prowadzenia fantastyczna (choć nieco mniej atrakcyjna, jeśli to, co akurat prowadzimy, to wynajęty Fiat Panda, o czym lojalnie czytelników uprzedzam!), bardzo więc widokowa ta droga niestety kończy się tam, gdzie egipskie flamingi zawracają, a konkretnie w sielskiej i alpejskiej dolinie Aurina, pod zboczami masywu Gran Pilastro, 3509 m. npm (na tej wysokości jest szczyt masywu, dolina, jak nazwa wskazuje, jest w dole).


 [-] Valle Aurina, fot. G.Izzi
Na pierszym planie pełne zezwierzęcenie.



Owszem, jeśli naprawdę bardzo się uprzemy, zdołamy tędy do granicy dojść i ją nawet  przekroczyć, pod warunkiem, iż dysponujemy sporą dozą doświadczenia i podstawowym sprzętem.

Nic więc dziwnego, że brak sprzętu i doświadczenia najwyraźniej popchnął tłumy dzikich uchodźców z tekstu pana Kamila ku okazaniu zupełnie niecywilizowanych zachowań, w rodzaju ciągnięcia za włosy starszych pań (jak wiadomo, cywilizowany Europejczyk za włosy ciąga jedynie młode panie - zob. il.) i ku wyuzdanym praktykom koprofilii (a może koprofobii? Trudno powiedzieć, pan Kamil był wszak pod silnym wrażeniem...)
[-] Andrzej Mleczko - Europejczycy cywilizowani.

Oślepiająca biel wiecznych śniegów masywu Gran Pilastro najwyraźniej też odebrała wzrok i rozum lokalnemu funkcjonariuszowi włoskiej policji z pobliskiego Predoi, który na pytania dziennikarzy - Italiano, słuchaj no, ilu mata tych  refjudżich - z uporem maniaka powtarzał, że w okolicy mają jedynie Rifugio Ponte di Ghiaccio, czyli Schronisko Lodowego Mostu, położone na wysokości 2545 m. npm.



[-] Ubezpieczenia na szlaku k. Rifugio Ponte di Ghiaccio.

Nazwę tłumaczę, bo kto wie, może się zdarzyć, że kiedy do tego rifugio szanowni czytelnicy zajrzycie - zachęceni właśnie  romantyczną nazwą - jakoś tak naturalnie dołączy ono do listy miejsc szczególne dobrze nadających się do rozkładania śpiwora, takich jak, na ten przykład, Hotakadake Sansō w masywie Hotaka w Alpach Japońskich,  Guttenberghaus w masywie Dachsteinu, czy niezawodne, swojskie 5 Stawów - choć to ostatnie, to już wyłącznie poza sezonem...

Niestety, a może na szczęście, rifugio i rifugiati to dwie zupełnie różne rzeczy są, i tylko to drugie słowo oznacza w języku włoskim uchodźców. O czym oczywiście pan Kamil, wytrawny przewodnik chrześcijański i gwiazdor surreality show, wie doskonale, podobnie jak wie, że tak naprawdę nie ma żadnego przejścia granicznego w okolicy Fonte della Roccia, czyli "Źródła Skał", jak się nazywa podobno  wioska - a w rzeczywistości kilka pasterskich szałasów - na której kończy się, słynna już teraz, włoska droga krajowa SS621.

[-] Kościół p.w. Ducha Świętego, Valle Aurina.


Wszystko to tylko efekt koszmarów nocnych po wystawnej kolacji u księdza dobrodzieja z gotyckiego kościółka pod wezwaniem Ducha Świętego, który w dolinie Aurina od XV wieku sobie stoi (kościół, ks. proboszcz jest nieco młodszy) Koszmar to był, nic jeno koszmar i może jeszcze brak wieczornego spaceru.

Moment.

W zasadzie, jak sobie przypomniał pan Kamil, to jednak były rekolekcje w hotelu San Fior. Ciężkie to musiały być rekolekcje, bo generalnie trudno w tym rejonie znaleźć "hotel San Fior". Mamy za to mieścinę San Fior, niedaleko Wenecji i dawnego przejścia granicznego na A-23, od SS621 bardzo odległego...



Geografia bezczelnie pcha się z butami do metafory, bo gdy Fonte della Roccia w dolinie Aurina to najbardziej na północ wysunięta miejscowość (miejscowość, to brzmi dumnie!) Włoch, najbardziej na południe wysuniętą jest Lampedusa, w okolicy której, przed dwoma laty, miały miejsce inne, tragiczne i, niestety, w tamtym wypadku całkowicie prawdziwe wydarzenia, o których wspominałem w poprzednim wpisie.

___________________


Skąd w nas to upodobanie nie tylko do bezrefleksyjnego podążania za wrzaskami, ale jeszcze  dodawania własnych?
W stadzie szympansów, mniej ważne samce podążają za wrzaskami samca alfa, same gorliwie powrzaskując.
A u nas? Czy to przypadkiem nie jest jeden z atawistycznych objawów dzikości?

Nic nie poradzimy. Schizofreniczni (nie wypada przecież zarzucać łgania w żywe oczy) autorzy rozmaitych głupot trafiają się z obu stron dzisiejszego podziału, i w równych ilościach znajdziemy ich zarówno wśród demonstrujących pod hasłem "Chcę Arabkę za sąsiadkę" (nb. starsi czytelnicy mogą uznać to hasło za niestosowne, pamiętając o ludowym porzekadle "nie da ci ojciec, nie da ci matka..."), jak i tych zgromadzonych pod hasłem "Koń trojański" .


Najmniej skłonni do schizofrenii wydają się w tej sytuacji członkowie grupy demonstrującej pod hasłem "Koń arabski".

Koń by się uśmiał!

...i tej odrobiny uśmiechu też wszystkim serdecznie życzę!
;-)






____________________________________

Okupacyjna cenzura na Facebooku wycięła wprawdzie tekst pana Kamila, na szczęście całość zachowana została z poświęceniem i bezgraniczną odwagą przez redaktorów portalu Niezależna:

Granica z Austrią: wstrząsająca relacja Polaka z autokaru napadniętego przez imigrantów.

Zależne omówienia poniżej:

RZ / Onet: "Rewelacje" polskiego blogera nt. imigrantów obiegły świat. Władze i policja wszystkiemu zaprzeczają.

Michał Gąsior / Na temat: Polski bloger napisał o ataku imigrantów na granicy Włoch i Austrii. “GW”: Historię wyssał z palca.

2 komentarze:

  1. Kolejny świetny tekst. Inna rzecz, że p. Bulonisowi z dwa lata odosobnienie należy się jak kotu mleko. Paragraf by się znalazł. Nie jestem analitykiem wywiadu, nie mam narzędzi, ochoty ani czasu by sprawdzać prawdziwość opisywanych zdarzeń. Bezczelne kłamstwo podawane jako fakt, to dla mnie coś znacznie gorszego niż, niechby np. uwłaczające pamięci więźniów KZ, czyjeś opinie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się zgadzam, ale obawiam się, że to niepatriotyczne podejście. U nas wciąż obowiązuje definicja w myśl której fakt, to wyłącznie coś co nam pasuje do argumentacji...

    OdpowiedzUsuń