Konsekwencjami tego były, wybuchające prędzej lub później, rozmaite wojny, zazwyczaj otwierane ciągiem sukcesów niemieckiej armii, w znacznej mierze spowodowanych zaskoczonym niedowierzaniem sąsiadów. Po pewnym czasie, jak było do przewidzenia, potencjał sił niemieckich stopniowo się wyczerpywał, a połączone (chwilowo i bardzo niechętnie, ale co zrobić...) siły kilku państw kolektywnie skopywały siedzenia niemieckich kolegów, łopatologicznie wyjaśniając, iż niekiedy dobrą zasadą jest powstrzymywanie się od decydowania za innych (niekiedy, bo owe państwa same też lubiły czasem za innych decydować, ale tu chodziło głównie o kwestie niszczenia lokalu i kosztów sprzątania).
Niemiec, generalnie, człowiek rozsądny, po kilku razach wreszcie doszedł do wniosku, że może coś w tym jest, i na dłuższy czas zrezygnował w ogóle z podejmowania za innych większych decyzji, z pewną niechęcią akceptując chaotyczny i nieco przypadkowy upadek Muru Berlińskiego, tudzież towarzyszące mu, zaskakujące odkrycie dwóch podgatunków homo germanicus, mianowicie Ossie i Wessie.
Powiedzmy sobie szczerze, ten stan rzeczy uważam za bardzo pozytywny. Generalnie im mniej politycy pchają palce między cudze drzwi, tym lepiej. Zdarzają się jednak sytuacje, w których naprawdę coś trzeba zrobić. Od kilku tygodni obserwujemy groteskowy spektakl wzajemnego obwiniania się, i towarzyszące mu cierpienie tysięcy ludzi.
A miało być tak pięknie...
W pierwszej połowie roku 2013, wg krążących w Niemczech plotek - opublikowanych przez Bild, Włosi mieli jakoby radzić sobie z imigracją w ten chytry sposób, iż każdemu nielegalnemu przybyszowi dawali bilet do Berlina i 500 euro na drogę:
Zudem haben die Flüchtlinge „nach eigenen Angaben 500 Euro von italienischen Behörden erhalten, wenn sie italienische Aufnahmeeinrichtungen freiwillig verlassen“.
Gazety są, jakie są.
Jak pisze Lenz Jacobsen w VoxEurop w rzeczywistości było to mocno przekręcone echo słów ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych, Hansa-Petera Friedricha, który wysłał do landów notkę z ostrzeżeniem, że celem imigrantów i uchodźców nie są Włochy, i że gdy tylko tam się znajdą, szukają możliwości wyjazdu do Niemiec, wykorzystując w tym celu przyznane przez Włochow zapomogi.
Pamięta ktoś jeszcze tragedię Lampedusy? 3 i 11 października 2013, 100 kilometrów od włoskiej wyspy Lampedusa (w pobliżu Malty) zatonęły dwie libijskie łodzie, przewożące afrykańskich imigrantów - z Erytrei, z Somalii i z Ghany. Utonęło ponad tysiąc osób.
To wówczas, 3 października 2013, Patrick Chappatte, pochodzący z Libanu Szwajcar, jeden z ciekawszych grafików dzisiejszej Europy, wykonał mało znany rysunek...
Patric Chappatte, Lampedusa. Za: VoxEurop.

Rysunek Chappattego, zaczął dziwnie pączkować, najpierw w postaci plagiatu sfotoszopowanego przez anonimowego odtwórcę związanego z hiszpańskim CEAR...
...by ostatecznie zostać przypisanym Banksemu, poprzez podrabiany profil na FaceBooku...i nieudolnie zacytowanym przez polski Newsweek, w tekście, który słusznie zirytował Amandę i którego tu nie zlinkuję, bo nie jest tego godny.
Tu niechże mi dygresja będzie wybaczona - otóż w całej tej, skądinąd żenującej, operacji propagandowo-plagiarystycznej, najbardziej podoba mi się jakże przyjemna omyłka, w której ociupinkę nadgorliwy pan Massimo Bonato z włoskiego portalu Omissi News, zdołał u Banksego odnaleźć polskie korzenie, kilkakrotnie zapisując nazwisko najsłynniejszego obecnie graficiarza jako "Bansky".
Polski rodowód Banksego bardzo by mnie ucieszył, na razie szak muszę z żalem do Massimo zawołać po galicyjsku:
TO NIE jeb JE BANSKY!
Wróćmy wszak do naszych baranów, jak mawiał sędzia do Piotra Palentina (choć nie było wówczas jeszcze nie tylko Komisji Europejskiej, ale podobno nawet pani Merkel) .
W roku 2013 reakcja administracji Bundesrepubliki na coraz szybciej i szerzej płynący strumień przybyszów była chaotyczna i niespójna.
Pierwszym krokiem było stanowcze odwołanie się do sławnej Ustawy Dublińskiej, wg której uchodźcy mieli pozostawać w pierwszym z krajów EU, do których trafili. Ponieważ z Libii do Niemiec daleko, automatycznie powinni przejmować ich Włosi i Grecy. W porządku, Włosi mają swoje za uszami jeszcze z czasów boskiego Benito, co więcej, można ich nawet historycznie obwiniać za Erytreę, ale Grecy? Za co Grecy? Toż nawet antyczna kolonizacja grecka przebiegała pokojowo!
Pod naciskiem wkurzonych Greków i zirytowanych Włochów coś zaczęło się zmieniać, ale nadal wspomniany wyżej minister stanowczo odmówił przyjmowania jakichkolwiek Syryjczyków.
Następnie znów zmiana, Pan Minister Friedrich, łaskawie i niechętnie, zgadza się przyjąć 5000 imigrantów, owszem, nawet Syryjczyków, ale - uwaga! - najlepiej CHRZEŚCIJAN!
Brzmi znajomo?
Ostatecznie Friedrich - minister spraw wewnętrznych, szczęśliwie został Friedrichem - ministrem rolnictwa (gumno chłopu, nie zegarek...), a w Unii Europejskej zaczęły się rozpalające wyobraźnię spory o to, kto miałby przyjąć ilu imigrantów vel. uchodźców.
W tej chwili dyskusja o kwotach uchodźców czy imigrantów nie ma większego sensu. Co z tego, że don Donaldino wymyśli z sufitu liczbę 100 000? Podobnie jałowe są dyskusje o podziale tych ludzi na imigrantów - motywowanych głównie zrozumiałą chęcią poprawy finansów - i uchodźców - motywowanych niezrozumiałą chęcią pozostania przy życiu.
To nie ma sensu, ponieważ ostatnie wydarzenia na Węgrzech dobitnie demonstrują to, co powinno być oczywiste od samego początku, i o czym już dwa lata temu mówili i Włosi, i Grecy.
Ani imigranci, ani uchodźcy, nie są zainteresowani przebywaniem na Węgrzech, w Polsce, Czechach, Bułgarii, czy Rumunii. Nie są zainteresowani przebywaniem w Grecji i we Włoszech (w których przebywaniem ja, na ten przykład, jestem zawsze bardzo zainteresowany). Ba, nie są specjalnie zainteresowani nawet przebywaniem w Austrii - co dowodzi głównie słabej znajomości realiów Europy, bo uczciwie mówiąc austriacka organizacja społecznej, wzajemnej pomocy, jest, moim zdaniem, lepsza od niemieckiej.
Uchodźcy i imigranci mają konkretne cele, wśród których na pierwszym miejscu jest Bundesrepublika, a na drugim, ex aequo, ale znacznie dalej, Wielka Brytania i Szwecja. Pani Kanclerz Merkel sprawia wrażenie jakby co noc, nie mogąc zasnąć, zamiast liczyć tyrolskie owce przeskakujące przez progi podatkowe, pogrążała się w kontemplacji grzejącego serce, czteropunktowego scenariusza najnowszej, niemieckiej telenoweli, której akcja przebiega mniej więcej tak:
1.Wszystkich uchodźców i imigrantów przyjmujemy, jak leci, zusammen i do kupy, do Europy.
2.Uchodźcy i imigranci jadą do Niemiec, gdzie są serdecznie witani przez tubylców i lokowani w tymczasowych miejscach zamieszkania.
3.Przy życzliwej współpracy z rządami krajów UE, uśmiechnięci i szczęśliwi imigranci i uchodźcy są następnie rozlokowywani w rozmaitych państwach, tu pięć tysięcy, tam cztery, a w Polsce tylko dwa, bo Polacy są mniej gościnni, niż lubią o tym opowiadać.
4.Wszyscy żyją długo i szczęśliwie, choć w niektórych krajach Unii przeciętna długość życia i poziom szczęśliwości imigrantów są wyraźnie równiejsze niż w innych.
Z przykrością muszę zawołać:
Frau Kanzlerin! Dies ist ein Traum!
Po raz kolejny, osoba stojąca na czele Niemiec, kierowana najlepszymi chęciami, wybierając dowolne elementy obrazu rzeczywistości, próbuje mówić innym, co mają robić. Dobre chęci doceniam, podobnie jak i fakt, iż w charakterze kija zamiast tradycyjnych armat tym razem występują kredyty. Zawsze to mniej hałasu, a ja hałasu nie lubię. Ale nadal nie widzę możliwości happy endu.
No przecież jeśli chcemy uszczęśliwiać uchodźców i imigrantów, to, na zdrowy rozum, nie możemy ich uszczęśliwiać na siłę! Pani Kanclerz stawia się oto w cokolwiek dwuznacznej sytuacji gospodyni, która, kiedy biedne dzieci sąsiadów przychodzą żebrać o marcepan, daje im łyżkę cukru, a potem proponuje znacznie zdrowszą - a przy tym tańszą - kaszę. Po czym załamuje ręce kiedy te niewdzięczne bachory, niedwuznacznie i wulgarnie, wskazują jej zgoła nieprawdopodobne miejsce, w którym jakoby mogła kaszę tę przechowywać.
Uchodźcy i imigranci, dziś koczujący na dworcu w Budapeszcie, nie chcą azylu na Węgrzech. Kiedy Węgrzy, chcąc rozładować sytuację, odprawili jeden z pociągów, a następnie zatrzymali go 25 kilometrów od stolicy, w mieścinie, której nazwą nie będziemy się trudzić (dobrze, nazywa się Bicske, żeli ktoś już upierdliwie musi wiedzieć, wymawiamy: "biczke"), i próbowali skierować całą ekipę do położnego niedaleko ośrodka dla uchodźców, rozżaleni pasażerowie nie tylko nie okazali wdzięczności, ale jak jeden mąż zakrzyknęli:
"Nie chcemy waszego azylu! Chcemy do Niemiec!"
James Mates, korespondent brytyjskiej ITV, przekazał tweetem słynne już teraz zdjęcie jednej z rodzin, w składzie ojciec, matka i maleńkie dziecko, którzy, w dramatycznym proteście, i tak na oko na życzenie głowy rodziny, położyli się na torach.
Fot. James Mates, Bicse, Węgry, 3 września 2015. Za: The Telegraph.
Dobra, proszę mówić, że jestem bez serca, ale prawda jest taka, że od czasów demonstracji w stanie wojennym mam potworną alergię na teatralną histeryczność - także kiedy istnieją zrozumiałe ku niej przesłanki.)
Wniosek jest dość oczywisty:
ONI WSZYSCY CHCĄ DO NIEMIEC! DO NIEMIEC CHCĄ!
Taka jest prawda, i to nie są niczyje pobożne, czy bezbożne życzenia. Zwieback, Frau Kanzlerin, nie nadaje się na gulasz, a z gulaszu, nawet przy pani talencie, nie zrobi pani zwiebacka. No nie chce się trzymać, rozpaćkowywuje się, bałagan w kuchni i schluss!
Zdecydowanie nie darzę sympatią węgierskiego bratanka Jarosława Kaczyńskiego. Pompatyczny, samozwańczy zbawiciel z przerośniętym ego. Ale przecież nie jest to dureń, przeciwnie, to w miarę inteligentny facet (nawet jeśli mało strawny). Kiedy Orban mówi, że imigranci i uchodźcy nie chcą być na Węgrzech, że chcą do Niemiec, to jest przede wszystkim problem Niemiec, dlatego on naprawdę chciałby wiedzieć, co konkretnie Niemcy planują, to nie fantazjuje, tylko zwyczajnie usiłuje przebić się do Pani Kanclerz z umykającym jej fragmentem rzeczywistości. Orban może tych ludzi zatrzymać u siebie - używając niezbędnej w takim wypadku siły - albo może im z ulgą pomachać ręką, otwierając zwrotnice na Berlin. Tak, czy siak, trzeba się przestać zasłaniać konsultacjami w EU i wyraźnie powiedzieć, czego chcą Niemcy, bo to oni są głównym adresatem konwojów.
Komisja Europejska:
- Czy powinniśmy przedyskutować to na następnym posiedzeniu?
- Potrzebujemy zgody wszystkich 28 krajów.
- Mogą głosować przez uniesienie ręki.
(Rys. Wasserman, za: Boston Globe)
Dziś, tak jak niegdyś po upadku muru berlińskiego, rząd Bundesrepubliki musi podjąć decyzje, oparte na pełnym, niezafałszowanym obrazie sytuacji, z uwzględnieniem zasadniczego czynnika - czego imigranci i uchodźcy naprawdę chcą.
Nie moją jest rzeczą, by mówić Pani Kanclerz i jej ministrom, jakie to mają być decyzje.
Wiadomo, ludziom trzeba pomóc. Pomagać można wszak na różne sposoby. Można po prostu przyjąć ich w Niemczech jak leci - zapewne zmniejszając niemieckie kontrybucje do kociołka EU, bo to będzie kosztować i nie ma cudów. Można zamknąć zewnętrzne granice UE i przyjmować uchodźców, kierując ich do zamkniętych ośrodków (nie w tym rzecz, czy zamknięte ośrodki są, czy nie są humanitarne, z otwartych ośrodków oni po prostu wyjdą i ruszą do Niemiec, więc to nie ma sensu).
Można wreszcie użyć NATO do rozpieprzenia ISIS i przy okazji Asada. Rosjanie nie przejmują się Zachodem wchodząc na Ukrainę, Zachód może wyeliminować przyjazny Rosjanom reżym. Może - pamiętając o tym, że natura nie znosi próżni, i albo NATO będzie de facto okupować ten teren wspierając marionetkowy reżym mniej przyjazny Rosjanom, albo będzie jak w Libii.
Można, np., rozpieprzyć samo ISIS, tworząc na zajętych przez nich terenach nowy organizm, rzekomo tymczasowy, administrowany de facto przez NATO - ale, naturalnie, z wybranym rządem lokalnym. To obecnie dość obszerny teren, na którym mogliby bezpiecznie żyć uchodźcy.
Na pewno są inne jeszcze, znacznie lepsze możliwości.
Jednego robić nie wolno. Nie wolno dzielić uchodźców na silniejszych, którym udało się przebić do wcześniejszych pociągów, i słabszych, którzy zostają na budapesztańskim dworcu.
Więc choć dziś decyzja będzie już mocno spóźniona, przecież niechże wreszcie będzie!
Frau Kanzlerin, was werden Sie tun???
___________________
Nasz świat popada w szaleństwo
Ludzie tego świata
Okłamują się nawzajem
Nie są bogami
Są tylko ludźmi
Źli ludzie
Nie mają współczucia
Mówią tylko o sobie
Świat należy do nich.
Wojna w imieniu jakiego boga?
Wojna w imieniu jakiego koloru?
Wojna ma kolor krwi
Krew ma tylko jeden kolor.


+Marlow
OdpowiedzUsuńPo prostu genialne podsumowanie tematu!. Dodam jeszcze od siebie (wklejając odpowiedź, którą napisałam dla Andresa)
Uciekają do NIemiec , bo tam jest dobry socjal, dodatkowo Niemcy reklamują swoją politykę socjalną wobec przybyszów z zewnątrz. Mają także ZAPIS W KONSTYTUCJII (!) na mocy któego przyjmowanie uchodźców jest zadośćuczynieniem za nazizm! Jak do tego dodasz grzechy epoki kolonialnej i podejście do problemu lewicy, dla której polityka zadośćuczynienia jest punktem honoru - to wszystko staje się jasne. Przynajmniej w kwestii polityki Niemiec. Ale do cholery, co Polacy mają z tym wspólnego? Według niektórych obliczeń Niemcy są winni Polsce za grabieże i zniszczenia dokonane przez nich w czasie ostatniej wojny 845 miliardów dolarów według przeliczenia kwoty 49 miliardów dolarów z 1939 roku. No to pytam się gdzie jest ta kasa? - Tak na marginesie.
Z drugiej strony rodzi się pytanie dlaczego Polska, której Niemcy nie spłaciły długu za drugą wojnę światową ma teraz pomagać tymże Niemcom w uporaniu się z realizacją zapisów konstytucyjnych?
A z trzeciej posłuchaj tego, co mówi o imigrantach z Meksyku stanowiących zagrożenie i patologię kandydat na prezydenta USA Donald Trump. On nie tylko chce postawić gigantyczny mur na granicy, ale i zmienić zapisy w Konstytucji, by dzieci imigrantow urodzone na terenie USA nie dostawały z automatu obywatelstwa. Chce także błyskawicznych deportacji ludzi z terenu USA, którzy są tam nielegalnie. Mowa jest o 11 milionach ludzi! Jak to się ma do tego, co teraz dzieje się w Europie? Trump chce oczyścić Amerykę z elementu patologii, podnieść poziom bezpieczeństwa eliminując różne formy bandytyzmu, których przyczyną są nielegalni imigranci. I ma poparcie tylu obywateli, że pewnie zostanie prezydentem. Natomiast w Europie, "ktoś" generuje sytuację, z którą chce walczyć Trump. Kto to potem posprząta? Ile będzie nas kosztować walka z przestępczością zorganizowaną aktualnie importowaną do Europy? I dlaczego Polska ma za to płacić?
I na koniec żeby była jasność - nie mam nic przeciwko uchodźcom, ani ludziom chcącym lepszego życia dla siebie i swoich dzieci. Wiem, że trzeba im pomóc, ale na pewno nie wszyscy tej pomocy potrzebują, a nawet są tacy, którzy nie powinni jej otrzymać.
+Amanda Wiesz, mnie w tym wszystkim wkurza dość wyraźna indolencja polityków, w tym tak bardzo wychwalanej "Mamy Merkel". No powiedzmy sobie szczerze, że to jest Donald w spódnicy, tyle, że kierujący znacznie większym i zamożniejszym krajem. Inaczej mówiąc - jak jest problem, to trzeba przeczekać, może samo się rozwiąże, a jeśli nawet nie, to przecież skoro nic nie zrobię, to nie popełnię żadnego błędu, czyż nie?
OdpowiedzUsuńI to jest dobra metoda, kiedy problemy są niewielkie, bo one rzeczywiście same się rozwiążą, ale nie w tym wypadku.
Z tym że Trump, obawiam się, chyba w tej chwili zwyczajnie promuje swoje następne przedsięwzięcia biznesowe (cokolwiek miałoby to być), nie przejmując się tym, że przy okazji rozwala Republikanów i powoduje ponowne oddanie władzy Clintonom - z którymi, w sumie, jest przecież zaprzyjaźniony... Ja tu nie daję do zrozumienia, że to jakiś spisek Trumpa i Clintonów, tylko, że Trumpowi absolutnie nie przeszkadza powrót Clintonów, tym razem w żeńskiej wersji, jeśli przy okazji może sobie zapewnić sporo ogólnokrajowego czasu antenowego. Trump wprawdzie deklaruje przeznaczenie na kampanię miliarda dolarów, ale na razie wydał raptem coś koło 2 mln, co w Stanach nie jest specjalnie dużą sumą - ogólnokrajowe stacje telewizyjne liczą sobie 100 do 200 tysięcy dolarów za 30 sekund reklamy...
Mam wrażenie, że o ile te wszystkie herbatniki to ruch rzeczywiście autentyczny i jest tam parę całkiem ciekawych osób (jak choćby Rubio) - czy się zgodzimy z nimi, czy nie - to Trump, obawiam się, jak to Trump...
Ale - jak zawsze, mogę się mylić.
;-)
Zdrówko!
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń
OdpowiedzUsuńNo tak, ale Trump ma coraz większe poparcie i nawet jeśli tego nie chce jak tak dalej pójdzie (w górę sondażowo) przeskoczy Hillary. Stawiam,że przeskoczy. Życie go zaskoczy haha.Tak mi się przypadkowo rymęło przy okazji.:) Pewne jest, że jak zostanie prezydentem to on ten mur na kilka pięter w górę i w dół zbuduje. Może się okazać, że za 600 lat będzie atrakcją turystyczną na miarę muru chińskiego .
Co do Donalda w spódnicy. Ciekawa sprawa. Zauważ, że gorzej brzmi w tym przypadku Angela polski Donald, niż Donald polska Angela. O ile to pierwsze deprecjonuje Angelę, to drugie nobilituje Donalda. haha
Wczoraj Donald powiedział, że sprawiedliwa dystrybucja to podzielenie między kraje Unii 100 tysięcy uchodźców. Czyli : Polska, Węgry, Czechy, Słowacja, Rumunia, Litwa, Estonia, Bułgaria,Łotwa, Słowenia po 10 tysięcy uchodźców i druga kadencja sprawiedliwie zapewniona? Ciekawe co na to Orban? haha
Świetny tekst. Nie czytałem podobnego, napisanego przez zawodowych speców od polityki. Tak jest, żeby podjąć racjonalną decyzję, trzeba prawidłowo ocenić sytuację, nie polegając na wishful thinking. Zgadzam się też, że problem uchodźców należy rozwiązać, zapewniając pokój i spokój w krajach skąd przybywają. Choć wątpię w skierowanie tam wojsk lądowych amerykańskich czy NATO. Są oznaki dogadywania się USA i Rosji - wygląda na to, że będą walczyć o pokój do ostatniego Persa, Syryjczyka i Kurda. Przy czym zapewnienie tam pokoju nie powstrzyma imigracji ekonomicznej. Z Niemcami chyba rzeczywiście jest jak piszesz: dla nich przywództwo oznacza narzucanie rozwiązań innym.
OdpowiedzUsuń@Amanda Ray Bo też to kompletna fikcja jest. W tureckich, przygranicznych obozach dla uchodźców jest półtora miliona ludzi, i ta liczba praktycznie co dzień się powiększa. Plus, wielu próbuje bezpośrednio docierać do Europy, nie przez Turcję. Plus, to nie obejmuje Erytrejczyków i Somalijczyków, którzy wybierają szlak libijski.
OdpowiedzUsuńKiedy Niemcy ogólnikowo mówią o możliwości przyjęcia w tym roku 800 tys. ludzi, to oznacza po prostu, że tyle, być może, byliby w stanie przyjąć. Austria, nieoficjalnie, deklaruje zdolność przyjęcia 100 tys. Co nie znaczy przecież, że to jest razem 90% przewidywanej ilości uchodźców i imigrantów. Nikt nie wie, ilu ich będzie - dlatego to fikcja jest.
Ale, obawiam się, masz rację. To już jest gra pod drugą kadencję.
@henrykspol Tu chyba funkcjonują dwa, przeciwstawne nurty. Administracja Obamy jest przeciwna interwencji (że też jemu musieli tego Nobla pokojowego dać z góry...), natomiast czytałem w Telegraphie, że są jakieś przecieki o dogadywaniu się Camerona z labourzystami - właśnie w kwestii zatwierdzenia interwencji.
To przerażające zdjęcie zmarłego chłopca, paradoksalnie, może tu mieć duże znaczenie, jeśli zdoła otworzyć oczy amerykańskiej opinii publicznej. Jak rozumiem, ta rodzina najpierw próbowała udać się do Kanady i nie została przyjęta [ http://www.usatoday.com/story/news/world/2015/09/03/drowned-syrian-toddlers-family-had-refugee-application-rejected/71628002/ ]
Połączenie sentymentu publicznego i obawy przed napływem imigrantów do USA mogłoby zmienić nastawienie Białego Domu.
Z tym, że Amerykanie mają świetną historię skutecznych interwencji, i, delikatnie mówiąc, mało przekonującą historię tego, co działo się PO interwencjach...
:-(
Pozdrawiam Was Oboje!
Marlow Powinieneś chyba wysłać do p. Merkel, utrzymany w stanowczym tonie list. Zatytułowany: "Przecież ostrzegałem". Nasz świat nie popada w żadne szaleństwo, tylko w totalną głupotę. Może zresztą od zawsze był głupi. To, że pojedynczy ludzie potrafią skonstruować telefon komórkowy czy motykę, niczego nie zmienia.
OdpowiedzUsuń