środa, 14 grudnia 2016

Asahi SuperLech

Zapowiadali, zapowiadali, aż się stało. Asahi Biru, jedna z najstarszych japońskich kompanii piwowarskich, oficjalnie zostaje właścicielem wschodnioeuropejskiej części browarów SABMiller, w tym Lecha (no, fakt, przy okazji też Tyskiego, jeśli już ktoś koniecznie musi  wiedzieć). Jeśli to ma oznaczać, że Lech poprawi beznadziejnie generyczny smak swojego głównego produktu, przestanie pakować przesłodzone soczki do dziwnych napojów (nie pamiętam jak się to nazywa, Shitty i Scheißel, czy jakoś tak?), a w supermarketach będzie można wreszcie kupic Asahi SuperDry w rozsądnej cenie - to jestem zdecydowanie za!





Szanse na to ostatnie nie wyglądają, delikatnie mówiąc, rewelacyjnie, jako że 5 złotych polskich za małą butelkę to niestety typowa cena, od Tokio do Londynu. Szanse na poprawę smaku produktów Lecha wyglądają nieco lepiej, pod tym wszak warunkiem, że Japończycą zdecydują się na bardzo potrzebne, zdecydowane działania - w końcu był kiedyś Lech w stanie wywarzyć jedno z ciekawszych wielkoseryjnych piw polskich czyli "Dog in the Fog". Inna sprawa, że Lech spaprał wówczas promocję tak totalnie, że dziś mój znajomy z branży reklamiarskiej, zamiast staropolskiego "z wielkiej chmury mały deszcz", mówi krótko a dosadnie: wtopa jak Dog in the Fog - co, przyznajmy, pozostaje w stosownym klimacie meteorologiczno-metaforycznym.

Wiem też z niepewnego źródła, że kiedy szef Asahi usłyszał o cieniastym piwie z colą to nie wyrobił i puścił pawia, co może być dobrą wróżbą dla piwoszy, a złą dla opisanej wyżej abominacji.



Zamiast przecudowanej (nie mylić z "przecudną") reklamy
Dog in the Fog, logo niedoszłej, kalifornijskiej wytwórni filmowej 
FogDog Films, która też, najwyraźniej, zaginęła w mgle historii. Klątwa żółtego psa?

Gdyby tak Sapporo albo Kirin jeszcze coś wykupiły? Warkę, błagam, niech ją ktoś kupi, naprawdę, już nie mogę patrzeć na te ich reklamy, które Heineken chyba orangutanom zleca... (Nie obrażając orangutanów, te są wyjątkowo sprytnymi naczelnymi, choć faktycznie feministki mają u nich jeszcze wiele do zrobienia.) Albo tych kiczastych pacykarzy od stada dzikich koni galopujących po Tatrach - w sumie, to ta sama firma.

Dla odmiany, zamiast niedopitych, kujonowatych macho z krainy Wyrka i podrabianych baców z Tamter - tajska reklama Asahi SuperDry, piwa par excellence.


Wszystkich wielbicieli piwa pozdrawiam z umiarkowanym optymizmem! ;-)

_____________
PS. Pewnie, że małe, lokalne browary są najlepsze. To się rozumie samo przez się. ;-)

niedziela, 4 grudnia 2016

Austriackie gadanie...

(...jak zwykła mawiać moja świętej pamięci Prababcia, komentując sotto voce transmitowane przez TVP i pełne optymistycznych prognoz przemówienia rozmaitych sekretarzy.)

Ja Austria, ty Austria, ono Austria..

Czytam radosne "je suis autrichienne" we wszystkich możliwych osobach i przypadkach, i jak naprawdę cholernie lubię Austriaków, Austrię, austriacką sztukę, austriackie wino, austriackie góry i marcepan z nugatem (niekoniecznie w tej kolejności), i jak tam mam od lat paru dobrych przyjaciół, od Wiednia po Guttenberghaus, tak cokolwiek trudno mi ten hurraoptymizm przyjąć bez bolesnej czkawki. Co ciekawe, znajomym Austriakom tyż trudno. Oj, trudno!

Dobrze się stało, że "jaki-ja-tam-prawicowy" Hofer przegrał z byłym szefem Zielonych i dyskretne westchnienie ulgi jest jak najbardziej na miejscu - nawet jeśli musi być podszyte sporą dawką niepokoju. 
Ale już z tą euforią...
Z euforią to walimy jak Clinton w maju.

Hurra! Neonaziści pokonani!

Kadr z Młodych lwów, czyli Irwin Shaw w reżyserii
Dmytryka i interpretacji Marlona Brando. Znakomita to jest
książka i niezły film, a jak się właśnie okazało, Brando miał więcej
wspólnego z Christianem Diestlem niż tylko podfarbowane na blond loczki...


Tak naprawdę, FPÖ Hofera nie jest, jak się u nas chętnie pisze, partią neonazistowską. FPÖ jest po prostu partią postnazistowską - wśród jej założycieli i wśród jej członków byli dawni naziści, jej pierwszym przywódcą był honorowy brygadier SS, Anton Reinthaller, a sama partia pośród swych zadań postawiła m.in. włączenie głosów wcześniejszych zwolenników anschlussu do powojennej polityki austriackiej. (I przy okazji głosy narodowców też mieli włączyć. No co? Nikt chyba serio nie oczekuje od obu tych grup logicznego myślenia?)

W czym problem - zapytają być może piękni euforzy i ewentualnie elokwentne euforki - przecież przegrali! 

No przegrali, przegrali, ale wygląda na to, że raptem o 6% z groszami. Kandydat postnazistów dostał ponad 46% głosów! Mało, że aż trudno w to uwierzyć: oto parę lat po ujawnieniu, iż ówczesny prezydent był dumnym członkiem Sturmabteilung, wciąż tylu ludzi na to tałatajstwo głosuje, mało tego, powtórzę, to gorzej jeszcze, bo za dwa lata, w 2018, będą w Austrii wybory parlamentarne.

I tu mały kłyz dla czytelników. Bo te kłyzy straszliwie są popularne i na fejsie nawet najbardziej rozsądni ludzi doczepiają linki pozwalające uzyskać odpowiedź na dręczące mnie egzystencjalne pytania w rodzaju: 
"jakiego koloru kostką toaletową jesteś?" 

("Jesteś kostką koloru błękitnego, uwielbiasz podróże i zapach morskich fal, przyjaciele nad życie cenią ulotny czar twych żeglarskich opowieści i czekają z uchem w muszli aż im morze zaszumi!") 

Tak więc dziś - emocjonujący kłyz Marlowa:

Kto sądzi, że Zieloni utrzymają w wyborach parlamentarnych znaczącą ilość z 53% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich, rączka w górę?
Hmmmm...

A teraz, kto podejrzewa, że FPÖ utrzyma znaczącą ilość z 46% głosów, które oddano na ich kandydata w wyborach prezydenckich?
No właśnie...
Na Van der Bellena głosowali zwolennicy wielu różnych partii, którzy podczas wyborów parlamentarnych znów się podzielą, na Hofera głosowali wyborcy, którzy wierzą, że kandydat postnazistów u władzy to jest dokładnie to, czego trzeba krajowi.
FPÖ ma obecnie 20% miejsc w parlamencie, Zieloni - 12%.

Tu nie ma czego świętować, to zimny prysznic był, trzeba się brać do roboty.
:(

Fot\; Alex Domanski/Getty Images za: Guardian

środa, 19 października 2016

Księga XIV Ojca Tadeusza - Poruta



Chmurno, durno, nieprzyjemnie - śpiewał niegdyś Jan Kaczmarek w kabarecie "Elita", a ja, korzystając z niepogody, postanowiłem uporządkować zbiór rodzinnych starodruków na stryszku u Szanownej Babci. Tam to właśnie, całkiem nieoczekiwanie, odkryłem butwiejącą pod strzechą, między książką telefoniczną miejscowości Guslar Wielki a kolekcją przemówień Jana Piszczyka, zapoznaną, XIV Księgę Ojca Tadeusza, której proroczy fragment niniejszym, ku serc pokrzepieniu, zacytuję:



Sztuka żarcia widelcem, rzecz trudna przy zupie,
Znało ją podówczas wyłącznie Zadupie,
A i tu niezbyt wielu, Antoni próbował
Lecz jadł tylko co gęstsze, Bartosz w niej celował.
Co w NATO przy wieczerzy wnet pomiarkowano
I mu pomidorową do stołu podano.
Widelcem dziarsko machnął, złowieszczo zafiuczał,
A z oczu łacno zgadnąć - Francuza poucza!
(Z natowskiej delegacyi, choć od Karakala).
Mniej baczni pomyśleli: "Wziął Bartosz dopalacz".
Francuz przerażony za skronie się złapał,
Puścił pawia, odchrząknął i gorzko zapłakał:
"La soupe à la tomate ten widelcem łupie...
Dobrze mówił Sarcozy: 'Straszne to Zadupie!' " 



______
PS. Ponownie - specjalne podziękowania dla  +andres AndresYacht, dzięki któremu utwór ten został odnaleziony! ;-)


PPS. Tylko na blogu: bonus jesienny! Muzyczne podsumowanie obecnego kursu polskiej dyplomacji w słowach nieśmiertelnego Jana Kaczmarka:


piątek, 14 października 2016

Banksy w Springfield

Profesor Leguminka, reprezentujący w zgniłej jewropie Najlepszą Zmianę słynny kulturysta (specjalista od kultury to kulturysta, nie?) i wybitny kretyk IX muzy (specjalista od kretyki to przecież kretyk - tak mi, w każdym razie, powiadano? Czy może kretyn? Nie, z pewnością kretyk...), TEN profesor Leguminka więc, stanowczymi słowy potępił wyrodną działalność tzw. reżysera szkoły dla niepoznaki tylko nazwanej polską, zmarłego ostatnio (walcie się!) Andrzeja Wajdy, stwierdzając że to był niestety ale konformista z wyszczuciem chodliwości na cztery minus w porywach inteligencji.

Profesor Leguminka.
 Portret rodzinny z wnętrzem (na dłoni).


Cztery minus! Nie to co plus.
A co dopiero plus pięć set.
A choćby i jedna seta.

Nie do końca łapiemy o co też chodliło profesorowi Legumince, ale rację Leguminka ma niewątpliwie, bo kto nie z nami ten gorszy sort, na pohybel i walcie się, zdeformowane invitriole!

Szczęśliwie, likwidację szkoły polskiej Rząd Nasz Ukochany zaczyna z wielką werwą od gimnazjów, a my możemy z politowaniem pomyśleć, że wciąż wegetują na tym łez Podolu upadłe, zdegenerowane kraje, w których najbardziej konserwatywna wytwórnia telewizyjna od lat już wielu opłaca i utrzymuje nawet nie oskarowych reżyserów, ale zwykłe, wyrodne lewactwo, które, pod pozorem działalności artystycznej dla młodzieży, bezwstydnie kąsa dobropańską dłoń wrzucającą co dzień wkładkę mięsną do lewackiej michy zupy, co się mu wcale nie należy!

Ale ja nie o tym. O dupre... depresji miało być.

A bo się wiara skarży na deprechę. Od Suwałk aż po Arranmore (more, Arran, more! - jak powiedziała bardzo towarzyska agentka do biskupa). A spierajom się, ża aż jak to kiedyś Andrzej Mleczko pięknie wyrysował : "twoja depresja przy mojej depresji jest doprawdy śmieszna!"



Taki sezon, taka moda. Żeli więc ktoś jeszcze depresji nie podłapał (wstyd i zacofanie!) to niech czym prędzej obejrzy filmik na końcu wpisu.


Chyba od czasów prehistorycznych (najstarsi górale początków nie pamiętają, osobiście zapytowywałem) produkuje bardzo konserwatywna wytwórnia Fox serial animowany The Simpsons. Twórcy serialu, w swych, za przeproszeniem, ruchliwych obrazkach, uparcie zakąszajom lewackom szczenkom tem renkem co jeich karmni najlepszymy ochłapamy, gdzie u nas by ich pogonili z TVP niczym Rosjanie Niemców jak kur...  jak na Łuku Kurskim -ale to ta detadęcka Hameryka przecie, Paniedziejaszku!). Ostatnio szak ci twórcy przeszli ludzkie pojęcie a takoż samych siebie i poprosili niejakiego Banksego, podejrzanego osobnika, wyszczulonego na chodliwe minus cztersy i rzekomo najbardziej znanego dziś, brytyjskiego artystę graffiti, o wykonanie specjalnej czołówki do wyjątkowego odcinka.

Co się też stało.

Banksy za pośrednictwem tajnych współpracowników (!) odesłał plansze z projektami, Matt Groening, czyli sam autor Simpsonów, i jego zespół rozwinęli je w układ animacji, a bossowie z Foxa, niczym piersi pierwsi naiwni wszystko zatwierdzili, poczynając od kruka niosącego w dziobie smutnego szczura, przez billboard "Klaun Crusty teraz także na pogrzebach"(sic!), aż po stylizowane na otoczone szperaczami więzienie budynki stacji telewizyjnej FOX w finale. A to tylko te weselsze momenty.

A wy patrzcie, i płaczcie...



Pozdrawiam repre... dupre... depresyjnie!
_________________
(PS. W trakcie produkcji odcinka nie skrzywdzono żadnego jednorożca.)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Pocztówka znad morza


Kto ma wakacje, ten ma wakacje, a kto robi na masmix do sznytki, ten robi. W ramach roboty tym razem niedaleki kurs na północ, a że morze niedaleko, pomyślałem, żeby wieczorem na wędzoną rybkę i Černý Staropramen podjechać. Różni samozwańczy smakosze zaraz taaaakie pieprzniczki wyciągną, że im niby ciemne piwa do ryb nie konweniują (jak to niegdyś klasycznie moja praciotuchna, niewiasta wielkiej erudycji i wieczna wdowa po narzeczonym, niedoszłym prastryju - kawalerzyście, poległym w 39, świeć Panie nad jego duszą, powiadała).
Pieprzniczkami nie będziemy się za bardzo przejmować, pieprzniczki są od pieprzenia, tak jak... Tu muszę znacząco zawiesić porównanie, bo choć niedoszłemu prastryjowi niechybnie by się spodobało, to jeszcze mnie będzie praciotuchna straszyć po nocach (świeć Panie nad etc...)
Kto chce, ten niechaj słucha, kto nie chce, niech nie słucha, a Černý Staropramen do świeżo uwędzonego łupacza pasuje wprost rewelacyjnie, i niniejszym szczerze taką kombinację polecam.

A że te wszystki morza jakoś tam są podobno połączone, więc i ten maleńki porcik z trzema wyciągniętymi na plażę kutrami na krzyż (świeć Panie..) taki jeden nieco większy port jakoś mi tam przypomniał, i sympatyczny oczywiście niewątpliwie przekład, co to go niegdyś Wojciech Młynarski sporządził z piosenki Kuby Brela.




Jest port wielki jak świat,
co się zwie Amsterdam,
marynarze od lat
pieśni swe nucą tam,
jest jak świat wielki port,
marynarze w nim śpią,
jak daleki śpi fiord,
nim szum fal zbudzi go,
jest port wielki jak świat,
marynarze w nim mrą,
umierają co świt,
pijąc piwo i klnąc,
jest jak świat wielki port,
co się zwie Amsterdam,
marynarze od lat
nowi rodzą się tam...




Marynarze od lat
złażą tam ze swych łajb,
obrus wielki jak świat
czeka ich w każdej z knajp,
obnażają swe kły,
chcące wgryźć się w tę noc,
w białe podbrzusza ryb,
w tłusty księżyc i w los,
do łapczywych ich łap
wszystko spada na żer,
tłuszcz skapuje - kap, kap,
z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok
w mrok odchodzą spod wiech,
a z bebechów ich w krąg
płynie czkawka i śmiech...




Jest port wielki jak świat,
co się zwie Amsterdam,
marynarze od lat
tańce swe tańczą tam,
lubią to bez dwóch zdań,
lubią to bez zdań dwóch,
gdy o brzuchy swych pań
ocierają swój brzuch.
Potem buch kogoś w łeb
aż na dwoje mu pękł,
bo wybrzydzał się kiep
na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już
wydał ostatni dech
i znów obrus, i tłuszcz,
i znów czkawka, i śmiech...




Jest port wielki jak świat,
co się zwie Amsterdam,
marynarze od lat
zdrowie pań piją tam,
pań tych zdrowie co noc
piją - grudzień czy maj,
które za złota trzos
otwierają im raj.
A dżin, wódka i grog,
a grog, wódka i dżin
rozpalają im wzrok,
skrzydeł przydają im,
żeby na skrzydłach tych
mogli wzlecieć hen tam,
skąd się smarka na świat
i na port Amsterdam....
I na port Amsterdam!



____________________________
PS. Kilka jest na jutubie wersji piosenki Brela, tę wybrałem ze względu na ilustrację, bo to aluzja jest przejrzysta do wpisu Andrzeja Jędrasika, któren mnie zdołował poniżej poziomu rosyjskiej łodzi podwodnej w Zatoce Fińskiej.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

piątek, 15 lipca 2016

Nicea a chomik polski.


19 kwietnia 1995 roku, Timothy McVeigh wprowadził wyładowaną materiałem wybuchowym ciężarówkę na parking dostawczy przy kompleksie budynków rządowych w Oklahoma City. Odpalił lont, wysiadł, zamknął samochód, wyrzucił kluczyki  i spokojnie odjechał podstawionym wcześniej Mercurym Grand Marquis '77. W zamachu zginęło 168 osób, 680 zostało rannych. McVeigh określił się później jako wierzący, niepraktykujący katolik i wyjaśnił, że chciał odpłacić rządowi USA za atak na ufortyfikowaną farmę zmilitaryzowanego odłamu adwentystów w Waco.
Dwadzieścia lat później, FBI nadal z uwagą bada działalność organizacji Chrześcijańska Tożsamość, związanej z radykalną prawicą, klanem i gangami więziennymi, i podejrzanej o współudział w szeregu zamachów terrorystycznych.

Oklahoma City, strażak Chris Fields wynosi z 
płonących ruin ciało Baylee Almon.
Fot. Charles Porter/ZUMA

Trawestując nieznanego mi, a cytowanego przez Amandę, hodowcę chomików i ogierów: jedyna droga to delegalizacja rzymskiego katolicyzmu jako zbrodniczej doktryny politycznej. Przy okazji także adwentystów i w ogóle reszty chrześcijaństwa.

W tym samym roku 1995 japońska sekta Aun Shinrikyo, wywodząca swą doktrynę z buddyzmu tybetańskiego i hinduskiego, przeprowadziła atak gazowy w tokijskim metrze, zabijając 12 osób, trwale okaleczając 50, i raniąc prawie 5000. 
20 lat później BBS, ekstremistyczne ugrupowanie syngaleskich buddystów, przeprowadza ataki terrorystyczne na muzułmańskie i chrześcijańskie zgromadzenia religijne w Sri Lance. 
Wypada raz jeszcze zacytować słynnego niewątpliwie (choć wciąż mi nieznanego) hodowcę ogierów i chomików: jedyna droga to delegalizacja buddyzmu jako zbrodniczej doktryny politycznej. A przy okazji hinduizmu i w ogóle reszty.

Zamach w Nicei jest tragedią, w której już straciły życie 84 osoby, a liczba ofiar może się jeszcze wydłużyć. I tak naprawdę, niewiele więcej wiemy. Wiemy, że zamachowcem był Mohamed Lahouaiej-Bouhlel, Tunezyjczyk, od 10 lat w miarę spokojnie mieszkający we Francji, pracujący jako kierowca i posiadający francuską carte de résident, odpowiednik polskiej karty stałego pobytu. To nieprawda, że był znany francuskim służbom specjalnym. W ubiegłym roku został na krótko aresztowany za to, że w napadzie drogowej agresji rzucił w innego kierowcę drewnianą paletą, za co dostał wyrok w zawieszeniu i nakaz czasowego meldowania się na lokalnym komisariacie. I nie, sprawcy aresztowani podczas częstej także i u nas drogowej agresji, nie są automatycznie przedmiotem dochodzeń służb specjalnych. (Choć minister Paszczak już pracuje nad odpowiednią interpretacją ustawy antyterrorystycznej). Wiadomo, że zamachowiec był w separacji z żoną, że nie był religijny, że cierpiał na depresję, którą próbował leczyć alkoholem (czyżby wątek polski? Polecam uwadze ministra Paszczaka). I to właściwie wszystko, co wiemy, na resztę trzeba poczekać.

Minister Paszczak pospieszył z triumfalnym obwieszczeniem, że Polska znalazłaby się w takiej sytuacji, jak Francja, gdyby nie zmiana rządu - wszak to cudowny pakiet ustaw , które tak bardzo nie podobały się gorszemu sortowi (w tym piszącemu te słowa sortowi najgorszemu), ma nam jakoby zapewniać bezpieczeństwo. Niby w jaki sposób np. dopuszczenie dowodów zdobytych nielegalnie, czy idiotyczny paraliż Trybunału Konstytucyjnego mają to bezpieczeństwo zapewniać, tego już minister Paszczak nie obwieścił. A sprawa jest prosta, Prezes pogrozi palcem i terroryści pękają. Ze śmiechu.

Sława i chwała dobrozmiennego dziejopisu, skrybalis Warzyszajs, zastanawia się, jak to możliwe, że żaden Francuz nie wskoczył na ciężarówkę i nie zatrzymał zamachowca. On, skrybalis Warzyszajs, na pewno by wskoczył i zatrzymał - z palcem w uchu. Wszyscy wiemy, że skrybalis Warzyszajs wprawdzie nienawidzi biegaczy, ale skoki na ciężarówkę trenuje regularnie, dzięki czemu mięśnie tak mu się już rozrosły, że chwilowo musiał wstawić mózg do zamrażalnika, bo zabrakło miejsca pod czachą. A te Francuzy to wiadomo, same multikulti kolorową kredką LGBT malowane, co też pięknie wyjaśnił minister Paszczak.

Mózg w lodówce się chłodzi i nie wezwiesz na pomoc szeryfa, więc nie ma co ze skrybalisem dyskutować. Możemy za to zobaczyć, jak jeden z tych wymiękłych francuskich multikulti LGBT podjeżdża motocyklem do ciężarówki zamachowca, próbuje wskoczyć na stopień i otworzyć drzwi. Życie to nie teatr, ani nie pensjonarskie fantazyjki Warzyszajsa. Człowiek, który na co dzień jeździ na motocyklu całkiem dobrze zdaje sobie sprawę z ryzyka. Zaryzykował - nie udało się - spadł pod koła ciężarówki. W szpitalu w Nicei na oddziale intensywnej terapii lekarze próbują utrzymać go przy życiu*. Mój ogromny podziw dla tego motocyklisty i szczera nadzieję, że nie przypłaci życiem swego, prawdziwego, bohaterstwa. Dla skrybalisa Warzyszajsa podziwu nie odczuwam.

Motocyklista próbuje powstrzymać zamachowca. 
Video Richard Gutjahr, ARD, za: USA Today.

Wiceminister Nijaki wtóruje starszemu rangą Paszczakowi i wyjaśnia wszem i wobec, że wszystkiemu winne jest multikutli, i że wszyscy, którzy się z nim nie zgadzali, mają go przepraszać na twitterze. Nie mam, niestety, konta na twitterze. A szkoda. Mógłbym poinformować wiceministra Nijakego w którym miejscu może psa w chudą, nieministerialną dupę pocałować.

Dlaczego Francja jest w tej chwili głównym, europejskim wrogiem państwa islamskiego? (I niby dlaczego miałbym to pisać dużymi literami?) Nie ma radykalnej różnicy między procentowym udziałem populacji muzułmańskiej we Francji, a w Niemczech. Nawet w Szwecji wygląda to podobnie. Ktoś na pewno przypomni tu Belgię, ale zamach belgijski miał oryginalnie być przeprowadzony we Francji, jego wykonanie zostało jednak przyspieszone i przesunięte do Brukseli, ponieważ belgijskie i francuskie siły specjalne były coraz bliżej terrorystów. 

W propagandzie islamistów, mniej więcej przed dwoma laty, Francja wyraźnie awansowała na drugie miejsce najbardziej znienawidzonych krajów świata, zaraz po Stanach Zjednoczonych. Wiceminister Nijaki i minister Paszczak wiedzą doskonale, że to wyłącznie wina multikulti i LGBT! Pedalstwo się szerzy, i wszystko przez to. I, oczywiście, przez lewactwo. Nie zapominajmy o lewactwie! 
Naprawdę, gdyby głupota miała skrzydła...

Francja tymczasem od kilku już lat prowadzi dyskretną, zaskakująco skuteczną, i zakrojoną na ogromną skalę operację wojskową wymierzoną przeciw zapleczu islamistów w północnej części Afryki Środkowej, na południowych obrzeżach Sahary. Zasadniczym, kadrowym zapleczem islamistów jest część plemion tuareskich cieszących się cokolwiek szemranym wsparciem sudańskim. To na ich terenach - w praktyce niekontrolowanch przez żaden rząd - leży faktyczny ośrodek ruchu. To stamtąd próbowali rozszerzać swoje wpływy na południe, na Mali i Czad, i na północ, na pogranicze syryjsko-irackie i na obszar Libii.



Operacja Serval, patrol sił francuskich w Mali. Za: SOFREP

Francuzi, w ramach operacji Serval i Épervier, wspierani logistycznie i wywiadowczo przez USA i współdziałając ściśle z siłami rządowymi Mali i Czadu, zdołali odzyskać Markalę, Gao i Timbuktu, i nie dopuścli do przejęcia znacznych części Czadu przez bojowników FUC, którzy niezwykle chętnie szermują cytatami z islamu, będąc w większości zwykłymi bandytami. W 2014, po wypełnieniu celów, obie operacje zostały zakończone. Dopiero teraz jednak zaczęły się faktyczne problemy islamistów z Francuzami, gdyż ci rozpoczęli daleko bardziej ambitną operację Barkhane, której celem jest przywrócenie stabilnych struktur władzy na całym obszarze Sahel, od Senegalu po Erytreę, co dopiero stworzy logistyczne możliwości ewentualnego "oczyszczenia" południowej Sahary i rozbicia faktycznego zaplecza islamistów.


Dyslokacja sił francuskich w rejonie Sahel, 2014. 
Za: France24.


Jesteśmy wszyscy tak wielkimi specjalistami w sprawach konfliktu w Syrii i Iraku, wszechwiedzącymi ekspertami od islamistów, że nie mamy czasu zawracać sobie głowy faktycznym rozkładem sił w regionie, o którym nikt nie wie, gdzie to do cholery jest. Co dopiero mówić o rozważaniu skali konieczych działań. W sumie jedyną osobą na polskiej prawicy która w ogóle słyszała o Timbuktu, jest prawdopodobnie Janusz Korwin Mikke - ów chętnie nam wyjaśni, że to taka konwencja w brydżowej licytacji. I jeszcze doda wzorem hodowcy chomików i ogierów, że trzeba natychmiast itd...

Francuskie zaangażowanie w tamtym rejonie rozpoczęło się jeszcze za Sarkozego. Hollande, mimo zupełnie odmiennych pozycji politycznych, ani się nie wycofał, ani nie zmniejszył obecności francuskich wojsk, wręcz przeciwnie - zadecydował o rozpoczęciu operacji Barkhane. Po prostu dlatego, że nikt nie wymyślił lepszej metody, i że ta, choć kosztowna i niebezpieczna jak cholera, po prostu działa. 

A tu jakiś ***** ****** (nawet jak na mnie, to się nie nadaje do napisania) oskarża Francuzów o tchórzostwo.

Swoją drogą niedosyt informacji medialnych o operacjach francuskich wynika w znacznej mierze z faktu, iż dziennikarze, poza kilkoma starannie nadzorowanymi wyjątkami, nie dostali zgody na wstęp na teren bezpośrednich działań. I słusznie, powiem szczerze. Siły francuskie na tym terenie to głównie Legia Cudzoziemska, spadochroniarze i komandosi marynarki. Francuzi mają powody, by specjalnie nie nagłaśniać ich działań - jeśli ktoś miał okazję przeczytać znakomitą, a prawie nieznaną (a dziś chyba niedostępną) książeczkę Pierre'a Leulliette'a, Święty Michał i Smok, wie dlaczego. Jeśli nie miał, niech przeczyta, bo warto.
W każdym razie, z tych właśnie, nieco tajemniczych powodów, w zasadzie tylko jedna część społeczeństwa francuskiego zdecydowanie protestuje przeciw tym działaniom - mianowicie skrajna lewica, do której rzeczywiście można odnieść termin "lewacy". Paradoksalnie, efektem spełnienia żądań francuskich "lewaków" byłoby zdjęcie Francji z celownika islamistycznej propagandy i wyraźnie zmniejszenie zagrożenia. Oraz wprowadzenie niewolnictwa i rządów terroru na rozległych obszarach Afryki. Ale to już skrajnej lewicy nie przeszkadza - wola ludu.

Pozostaje już tylko powtórzyć za Amandą komentarz wybitnego hodowcy chomików i ogierów (wyrażając zarazem nadzieję, że on ich nie próbuje krzyżować dla uzyskania chomigierów...) 
Miał na imię Mehmet i był wyznawcą religii pokoju islamu. To że mój chomik mieszka w stajni nie oznacza że jest ogierem. Skończcie z tą lewacka poprawnoscia polityczna. Jedyna droga to delegalizacja islamu jako zbrodniczej doktryny politycznej.  

Nie, nie. Co on pisze.Raczej: jedyna droga to delegalizacja buddyzmu jako zbrodniczej doktryny politycznej.  
Zaraz, też nie to. Przecież jedyna droga to delegalizacja chrześcijaństwa jako zbrodniczej doktryny politycznej.
Ale w zamachu w Oklahoma City drugim sprawcą był niejaki Terry Nichols, zadeklarowany ateista!
Więc pozostaje już tylko: jedyna droga to delegalizacja wszelkiej religii i filozofii jako zbrodniczej doktryny politycznej.  (Poza zbrodniczością także za to, że przyprawiają o ból dupy, kiedy próbuje się je poważnie analizować). 
I nastanie okres powszechnej szczęśliwości.
Moment, czy taki okres kiedyś już przypadkiem nie funkcjonował?

Frank Frazetta, "Neandertalczycy", 1967 

Pozdrawiam wszystkich, bez szczególnej szczęśliwości...




PS.
Pisząc powyższy wpis ściągnąłem całkiem sporo z dwóch naprawdę dobrych opracowań:
Mark Juergensmeyer, Terror in the Mind of God: The Global Rise of Religious Violence, University of California Press, 2003
Walter Laqueur, The New Terrorism: Fanaticism and the Arms of Mass Destruction, Oxford University Press, 2000
To co się zgadza jest stamtąd, omyłki - to już moje.

___________________
*) Już po kilku dniach - w rzeczywistości były dwie próby zatrzymania ciężarówki i dopiero w połączeniu były one skuteczne. Motocyklistą z filmu powyżej jest Alexander Migues, który wskoczył na stopień szoferki i próbował otworzyć drzwi lub zbić okno. Gdy zamachowiec wymierzył w niego broń, musiał zeskoczyć - na szczęście, wbrew pierwszym relacjom, nie doznał poważnych obrażeń. Jego działania nie były jednak nadaremne, zamachowiec był zmuszony zwolnić, dzięki czemu ktoś inny, kierowca skutera,  wprowadził swoją maszynę pod koła ciężarówki, powodując jej dalsze zwolnienie i dając policji dodatkowe sekundy potrzebne na powstrzymanie sprawcy.

niedziela, 19 czerwca 2016

Kot w komorze gazowej

Kot Jaros... Jakiś tam, zupełnie nam nie znany kot jest zamknięty w stalowej komorze, wraz ze skomplikowanym urządzeniem do którego kot nie ma żadnego dostępu, i na które nie ma wpływu. (Co każdy pies zauważy z niejaką satysfakcją.) Sercem tego urządzenia jest licznik Geigera, zawierający minimalną ilość substancji radioaktywnej. Dawka substancji radioaktywnej jest tak słaba, że wprawdzie istnieje prawdobodobieństwo, że w ciągu godziny jeden atom ulegnie rozpadowi, ale równie prawdopodobnym jest, że żaden atom rozpadowi nie ulegnie.

JEŚLI choć jeden atom ulegnie rozpadowi, sterowany licznikiem Geigera mechanizm zwolni młotek, który strzaska niewielką flaszkę zawierającą kwas cyjanowodorowy.

JEŚLI żaden atom nie ulegnie rozpadowi, kot przeżyje.

Dopóki obserwator nie zajrzy do komory, nie dowie się czy kot jest żywy, czy martwy. Dla obserwatora obie możliwości są równie realne. Kot jest jednocześnie żywy i martwy.



Przeprowadźmy to doświadczenie w praktyce. Zamykamy więc schwytanego (tak się złożyło, że na Żoliborzu) kota w stalowej walizeczce, nakręcamy zbudowane w piwnicy ustrojstwo na bazie budzika Wostok, dorzucamy kupiony na Kole niewielki ładunek jądrowy, carharttowską koszulkę w kratkę zakładmy na golfik od Bossa Klossa, artystycznie wichrzymy lumberseksy brodę kolejarską, drapujemy na wygimnastykowanym ramieniu męską torebkę od Gucia i Cezara, po czym zasuwamy do Stardolca na płaskie mlecze - czy jaką tam imitację kawy wyrafinowany hypster obecnie pijać powinien.
Dokładnie po godzinie, sącząc płaskomlecza (i udając, że ma to cokolwiek wspólnego z kawą, i że nam wyjątkowo smakuje, ale piliśmy lepsze w Tbilisi), spoglądamy znacząco na ekran ajfopa i raczymy zachwycone towarzystwo przenikliwym stwierdzeniem, iż zgodnie z funkcją falową nasz kot właśnie jednocześnie liże sobie narządy rozrywkowe i leży zdechły na stalowej podłodze.

(W tym momencie wpada Zbysiu z wypożyczonymi od Tośka agentami CDT w wieku lat 6,5 i z polecenia Jarka publicznie zakuwa nas w dyby obwieszczając przed kamerami, że "ten pan już żadnego kota nie zamorduje!",  ale zaraz musi nas wypuścić z braku dowodów, bo rozsmarowany kot chamsko liże sobie to i owo, więc Zbysiu dostaje wodogłowia i odwołuje z emerytury agenta specjalnego T., żeby ten nas uwiódł na męską klatę i wycisnął z nas prawdę razem z sokami, co jest jego specjalną specjalnością. Jednak to już zupełnie inna historia - pracuję właśnie nad scenariuszem nowej, bardzo patriotycznej superprodukcji.)

Gdy człowiek musiał zmagać się w szkole podstawowej z nazwiskiem Erwin Rudolf Josef Alexander Schrödinger, a jego rodzice namiętnie lubili koty, to później wymyśla takie przykłady. Powyższa historyjka oryginalnie miała zilustrować co bardziej zwariowane hipotezy konstruowane w oparciu o teorię kwantową, jak się jednak z czasem okazało, pod wieloma względami miała więcej sensu, niż się to samemu autorowi wydawało. Jednym z jej efektów był wynalazek teorii wieloświatu, spopularyzowanej w literaturze SF - a także przez wybitnie natchnionych mistyków z mocnym  parciem na kasę - jako "światy równoległe" (bo "teoria wieloświatu" to za skomplikowane).

Zostawmy już te, za przeproszeniem, koty. Jak mówi mądre przysłowie ludu wielkopolskiego: psy szczekają, koty za płoty!

Spór paleokonserwatysty z paleomarksistką, czyli porównane przez Amandę w bardzo ciekawym tekście wypowiedzi Mouffe i Gottfrieda, to przecież nic innego jak wielokrotnie obserwowane, i to z opadającymi szczękami, przez pełnych podziwu fizyków kwantowych doświadczenia "dyskusji równoległej", której uczestnicy najwyraźniej funkcjonują na fali. I to na dużej fali.
 "Dyskusja równoległa" polega na tym, że dyskutanci pozornie wyrażają sprzeczne poglądy, jednak nie mówią do siebie nawzajem, gdyż uważają przeciwnika za tak głupiego, że nie warto do niego gadać. Zamiast więc mówić do siebie, mówią "obok siebie". a zafascynowany badacz wkrótce dostrzega, że choć niby się sprzeczają, łączy ich o wiele więcej niż dzieli.


A łączy ich tak wiele, że w myśl trafnego, peerelowskiego porzekadła, iż punkt widzenia jest określany poprzez punkt siedzenia, Gottfried i Mouffe mogą spokojnie zamienić się miejscówkami, po czym, nawet nie gubiąc rytmu, będą dokładnie tak samo argumentować na rzecz przeciwnych poglądów politycznych.


Już w tej chwili - przed wymianą miejscówek - praktycznie połowa ich retoryki skierowana jest przeciw wspólnemu wrogowi: "elitystycznym menedżeriom wypierającym demokrację", opowiada o słusznych, społecznych tendencjach populistycznego protestu - i nie wymaga zmiany przecinka, by posłużyć stronie przeciwnej.



Gra sił między demokracją a korporacją jest faktem, z tym tylko, że piękna pani M. jako wzory demokracji przestawia francuskie i rosyjskie rewolucje, których rządy były de facto elitystycznie sterowaną ochlokracją*), natomiast dla dziarskego pana G. wzorem demokracji są początki Stanów Zjednoczonych, bardzo elitystyczne i w części związane z wczesną walką korporacji właśnie - w której gospodarcze organizacje kolonistów toczyły spór z polityką fiskalną monarchii, stymulowaną w znacznej mierze przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską.

Boston Tea Party, 1773 - bojkot produktów 
Kompanii Wschodnioindyjskiej, czyli
spór korporacji ze start-upem.

Oboje dyskutanci całkowicie zgodnie twierdzą też, że to ich ruchy powinny 'w przyszłości" owe słuszne populizmy kształtować i wykorzystywać.

Czemu nie, z tym tylko, że ich ruchy już od dawna próbują ów populizm kształtować i wykorzystywać. By nieco bardziej znanych aktywistów wskazać - Hugo Chávez  i Donald Trump na dwóch przeciwległych półkulach i przeciwnych biegunach politycznych, ale z jakże podobną retoryką. I Polacy nie gorsi, i nie tylko Szczukę czy Ikonowicza mają po stronie pani Mouffe, i więcej niż tylko Warzechę i polonijnego Tyrmanda dla wsparcia Gottfrieda wykrzesać potrafią.


Mój dobry znajomy, znany (w pewnych kręgach...) programista, zgodnie z najlepszą tradycją akademików wiedeńskich, co najmniej raz w tygodniu subtelnie daje do zrozumienia żonie, że będzie u kochanki, następnie dzwoni do kochanki z informacją, że musi spędzić wieczór z żoną z powodu nagłej a niespodziewanej wizyty ukochanej mamusi, po czym udaje się do nieznanej obu paniom chaty pod lasem, gdzie zapuszcza komputra, podłącza internet na kartę bez limitu i przez następne 24 godziny, jako Demon Hunter Z. - jeśli ujawnię imię, będę miał cały ich Legion na ogonie... - jako więc ten demoniczny łowca przemierza świat Azeroth, ale ściśle wg reguł ustalonych przez Pipi. Niestety nie Afapipi ;-) zaledwie przez niejaką  Pipi Wipi.  I to jest całkowicie zrozumiałe, absolutnie nieszkodliwe, a nawet, jak dla mnie, sympatyczne, zachowanie tej odrobiny nastoletniego, baśniowego romantyzmu.

Gottfried i Mouffe równie radośnie, choć już całkowicie jawnie, realizują osobistą potrzebę konstruowania prywatnych, fantastycznych krain. Potrzebę, przyznajmy, całkowicie naturalną, ale przecież infantylną, więc być może lepiej, wzorem mojego znajomego, raczej pozostawić ją w kręgu przyjaciół i podobnych hobbystów, niż zaraz robić z niej społeczną ideologię?

Najsilniejszą być może cechą łączącą samorealizacje zrówno pana Gottfrieda, jak i pani Mouffe jest przemożne, wszechogarniające, wewnętrzne przekonanie, że "kiedyś to było lepiej". Było kiedyś lepiej, wszystko zmierzało ku krainie doskonałej równości (o, ten udawany egalitaryzm też w sumie oboje łączy), a potem - SRUUU! - wszystko się popiórkowało i do władzy doszła menedżeria. Dla Pawła "lepiej" oznacza amerykańską wersję "bogaćta się jak chceta, albo na drzewo", dla Szantal to bardziej rewolucja idealna, w której udało się dorżnąć watahy; oboje dzieli więc jakaś tam różnica, ale uczciwie mówiąc jest to różnica czysto retoryczna bo przesłanie pozostaje takie samo: "Ech, kiedyś to były czasy..."



Tu dygresja, dla żartu vel beki wyguglowałem imię Szantal - w takiej właśnie pisowni. Dostałem na samej górze wynik mniej więcej takiej treści: "wybraliśmy imię Szantal dla naszej córeczki, ale długo zastanawialiśmy się nad Szanel". I proszę, okazuje się, że jednak Erwin Rudolf Josef Alexander wcale nie miał w szkole tak ciężko, jak mu się wydawało... Mogli mu przecież dać Dżiordżio. Dżiordżio Schrödinger. Mógłby siedzieć w szkole obok Szantali Dreptak. 


Kiedyś robiłem sobie jaja z pewnego "doradcy rządu d/s ruchu drogowego", którym był - I JEST NADAL!!!  taki jeden niezbyt mądry gów... sympatyczny młody człowiek po politologii bez żadnego doświadczenia w komunikacji ani w transporcie z ogromnym doświadczeniem alternatywnym. Pozwoliłem sobie ironicznie napisać, że politologia to przecież coś jak policja drogowa, nie? Ale czy w rzeczywistości ten niby-dowcip nie jest raczej ponury w swej prawdziwości?

Obserwując nie tylko naszą scenę polityczną, mam coraz silniejsze wrażenie, że przywykli do monteskiuszowskiego trójpodziału władzy politycy i politolodzy przespali konsekwencje rewolucji przemysłowej, które wprowadziły prawdziwą czwartą władzę w postaci wielkich korporacji. Korporacje tymczasem, w pierwotnej swej formie znane pod nazwą rozmaitych kompanii, kształtowały znaczną część angielskiej polityki już w drugiej połowie wieku XVIII.


Nie obudziło ich powstanie władzy piątej, czyli środków masowego przekazu - skutecznie wpływających na politykę od drugiej połowy wieku XIX. Tu sobie pozwolę zlinkować bardzo ciekawy - choć niepozbawiony uprzedzeń - tekst Martina Kettle o "zmaganiach prasy z demokracją".
(Uprzedzenie polega głównie na tym, że wszystko co Mr Kettle tam pisze jest prawdą, ale i w Guardianie podobne zabiegi dałoby się znaleźć,  choć, fakt, prowadzone bardziej subtelnie. Przyganiał Kettle garnkowi...)

Klub śpioszka-politolożka przespał nawet moment, w którym środki masowego przekazu stały się masowe w sensie jak najbardziej "leninowskim", mianowicie gdy masy pracujące i niepracujące miast i wsi zaczęły, temi rencami, produkować ogromną porcję informacji i - znacznie częściej - dezinformacji dostępnej publicznie. Ba, w sytuacji, gdy sieciowy dostęp do tradycyjnych tytułów jest coraz częściej płatny, tym ważniejsze stają się media "leninowskie"- zarówno z niegdysiejszej prawej, jak i z lewej strony, oddziaływując na ostatnią już, i może najważniejszą, wyemancypowaną grupę władzy - elektorską władzę wyborców, która coraz bardziej odseparowuje się od trzech tradycyjnych.


Od lat politolodzy usiłują wmawiać sobie i nam, że w sumie nic się nie zmieniło od czasów Monteskiusza, i że tylko różne knowania tych wrednych faszystów/lewaków (niepotrzebne skreślić) powodują wypaczenia systemu. To przecież jakiś kompletny nonsens. Monteskiusz, skądinąd bardzo inteligenty facet, teorię skonstruował w początku wieku XVIII, próbując naprawiać przegniłą do rdzenia i dojrzałą do ścięcia monarchię francuską, i proponując rozwiązania oparte na wyidealizowanym wizerunku parlamentarnej monarchii brytyjskiej wieku XVII - monarchii, która w momencie publikowania Listów ulegała właśnie zasadniczym przemianom! Jego rozwiązania w tamtym okresie były nowatorskie i skuteczne, ale to było 300 lat temu we Francji Ludwików. To i owo jednak się od tego czasu zmieniło.

Niezwykle trudno znaleźć głębszą refleksję nad koniecznością realistycznego, nieuprzedzonego i spoglądającego w przyszłość, nie w przeszłość, przedefiniowania współczesnego systemu zależności we władzy demokratycznej. Brak jest opisania takiego systemu w jego obecnym, rzeczywistym kształcie i propozycji rozwoju odpowiadającego na potrzeby współczesnych społeczeństw demokratycznych. Wszytko to, moim zdaniem, jest świadectwem intelektualnej porażki nauk politycznych i praktyków polityki. Jest też ów brak refleksji tym, co nauki polityczne coraz wyraźniej łączy z teologią. Wreszcie jest jednym z powodów, dla których politologia niekiedy bywa przez rozmaitych złośliwców zaliczana do grupy "pseudonauk" (też wraz z teologią) - co też z innego punktu widzenia zauważył m.in. Ian Shapiro, a za nim Matthew Crawford z New Atlantis.

Owszem, są znaczące wyjątki, ale te zazwyczaj pojawiają się w drobnych publikacjach, demonstracyjnie lekceważonych w strukturalnych badaniach i praktycznie pozbawione są szans na granty i stypendia.

Austriak Alois Palin poświęcił kilka tekstów koncepcji "zarządzania samoczynnego", wprawdzie mało znanej szerokiej publiczności, za to dyskutowanej z zapałem wśród przedstawicieli nauk inżynieryjnych, programistów i inżynierów sieci ("Self-service Government" - i tak, oczywiście, to od demonicznego łowcy o tym projekcie niegdyś usłyszałem :-). I nie jest to tylko austriackie gadanie, choć problem z tą koncepcją jest taki, że widzę nieograniczone prawie możliwości manipulowania podejmowanymi w ten sposób działaniami. Co więcej, potencjalnie projekt taki znacząco zwiększa już bardzo dużą władzę środków masowego przekazu, które z kolei dają się często manipulować menedżerii. W praktyce system "self-service government" na szczeblu lokalnym próbowano - i nadal próbuje się - wprowadzać w kilku miastach Ameryki Południowej, gdzie działa on z wyraźną czkawką - czasem zaskakująco dobrze, czasem wcale.

Z innej beczki. Czy ktoś z Szanownych Czytelników trafił kiedykolwiek na tekst Bryana Forda poświęcony koncepcji "demokracji delegowanej"? Od razu przyznam, że demokracja delegowana, zwana też "demokracją płynną" to projekt równie ciekawy, ale też nie do końca przemyślany. Historycznie oparty jest na obserwacji rozwiązań rosyjskiego systemu tuż przed przejęciem pełni władzy przez bolszewików oraz na bardzo ciekawym, amerykańskim projekcie związkowym "Industrial Workers of the World" z początku XX wieku. W obu przykładach organizacje stosujące ten system upadły pod skumulowanymi atakami bezpośredniej przemocy i  zupełnie nieskrępowanej demagogii - i to bynajmniej nie ze strony opozycji, a ze strony pokrewnych ugrupowań. Współcześnie próby jego zastosowania wprowadzane są - z mieszanymi rezultatami - w kilku europejskich wariantach "Partii Piratów".

Nb. w latach 60. wieku XX, francuscy teoretycy marksizmu bardzo dyskretnie zwracali uwagę na podobieństwo religijnych struktur hierarchii Islamu do rozwiązań przyjętych w Rosji przed bolszewikami. Dyskretnie, bo ostatecznie to spadkobiercy bolszewików byli wówczas u władzy w proletariackim raju i nie wypadało im wypominać ustawek z lat młodości.

Przykładów podobnych rozważań jest nieco więcej, ale praktycznie w każdym wypadku mają one charakter marginalny i pozostają poza głównym nurtem politologii i filozofii politycznej. Właściwie jedynym krajem, w którym coś się konretnego w ogóle dzieje jest wspomniana niedawno w znakomitym tekście Henrykspola Szwajcaria z jej referendami. Co nasi politycy, niezależnie od opcji, myślą o referendach, widzieliśmy wiele razy. Ostatnie tygodnie wskazują, że politycy brytyjscy są wprawdzie nieporównanie bardziej demokratyczni niż polscy, ale do Szwajcarii im daleko. Zresztą nawet szwajcarski system bywa podatny na manipulacje.

Większość badań alternatywnych systemów demokratycznych jest prowadzona  oddolnie, przez rozmaitych entuzjastów, pełnych dobrych chęci, ale nie zawsze skłonnych do autokrytyki (zazwyczaj tak bywa z entuzjastami) i z reguły kierujących się obsesyjnym lękiem przed "rządową biurokracją" - która w rzeczywistości jest bardzo potrzebna, choć rzeczywiście często daje dowody bezdennej głupoty.

Wbrew temu, co ciągle słyszymy, propozycje populistyczne i sentymentalnie-anachroniczne - a do tych ostatnich zaliczam zarówno teorie pani Mouffe, jak i koncepcje pana Gottfrieda - nie zyskują na sile dlatego, że "wyborcy są zmęczeni elitami". To, excuse-moi, kompletna głupota. Wyborcy są zmęczeni pracą na kasie w supermarkecie, sypaniem żwiru na budowie, albo godzinami "kopiuj i wklej" w agencji promocyjnej. Populizm i sentymentalne anachronizmy, zazwyczaj funkcjonujące w połączeniu, nie są objawem zmęczenia, ale odtrutką na poczucie braku wpływu na swój kiepski los. Poczucie braku wpływu, które kiedyś uchodziło za rzecz naturalną, niezmienną i "daną przez Niebiosa", dziś, pod wpływem powszechnego obiegu informacji, zaczęło być postrzegane jako wskaźnik, że coś nie jest tak jak być powinno. Nie widząc praktycznych możliwości wpływu na rzeczywistość, wyborca sięga po rozwiązania może niepraktyczne, ale oferujące nadzieję. I nie zmieni jego nastawienia argument, iż głosiciele owych rozwiązań w dość przejrzysty sposób posługują się zasadą, iż "ciemny lud wszystko kupi", a nadzieja jest tylko przynętą.

Odpowiedzią, moim zdaniem, nie może być wyłącznie krytyka polityków eksploatujących populizm. Przecież to ich opisywał Arystofanes już w roku 424 p.n.e. (Tu link do mojej dawnej dyskusji z Dezerterem, o Arystofanesie i antycznym rodowodzie terminu "demagog") Populiści byli, są i będą. Problem w tym, że im mniej wyborca odczuwa, iż jego głos ma znaczenie, tym bardziej skłonny jest głosować na demagogów - zjawisko, które w starożytności było jedną z przyczyn upadku Aten i całej Grecji. Przyjęty obecnie przez rozwinięte demokracje system udziału obywateli w rządzeniu nie jest ani najmniejszym złem (jak się go niekiedy niesprawiedliwie określa), ani objawionym nam przez Bogów i Boginie Demokracji doskonałym aksjomatem, który musi zmagać się z oporem niedoskonałych mas, i któy wymaga jedynie odkurzenia od czasu do czasu.

Ów system, który w uproszczeniu określamy mianem "zachodniej demokracji" jest całkiem skutecznym rozwiązaniem, które jednak zbyt długo nie było poddawane ostrożnym (podkreślam - "ostrożnym") modyfikacjom.  To jest wciąż najlepsza propozycja dla społeczeństw w których osiągnięte zostały pewne standardy edukacyjne, ale też jest to propozycja, która wymaga ustawicznej pracy i modyfikacji. I to oczywiście prawda, że owe modyfikacje muszą przypominać akrobacje żołnierzy specjalnych sił chińskiej policji zmieniających koło w motocyklu podczas jazdy...

Nikt nie mówił, że ma być łatwo!


Niestety,  obserwując polską scenę polityczną i trawestując stary dowcip wypada stwierdzić, że dżentelmeny są, jeno Monteskiusza nie ma...

I tym, optymistycznym inaczej wnioskiem żegnając się -
pozdrawiam wszystkich serdecznie!

_____________________
*) Co w niczym nie zmienia faktu, że każda z rewolucji była wyłącznie odpowiedzią na wielokrotnie i stanowczo wyrażane życzenia elit ancien régime.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Marginalnie sypiąc kwiatki...

"Informacja na temat danych statystycznych gromadzonych przez Prokuraturę w zakresie przestępstw ściganych z pobudek rasistowskich lub ksenofobicznych."



Poniżej krótki przegląd danych z raportu, który dał posłu Giżyńskiemu temat do przezabawnych krotochwil - śmiechom i uciesznym żartom nie było końca!





[o] Nie, to nie Kabareton, to p.oseł Giżyński w wersji estradowej.



Dane ujęte w raporcie dotyczą oczywiście wyłącznie spraw zgłoszonych i formalnie zarejestrowanych, w których wszczęto postępowanie.

Wzrost liczby przestępstw popełnionych z pobudek rasistowskich i ksenofobicznych:

w 2021 r. - 323 prowadzone sprawy,
w 2012 r. - 473
w 2013 r. - 835,
w 2014 r. - 1365,
w 2015 r. - 1548.

Wykrywalność sprawców:

w 2011 r. zarzuty postawiono w ok. 17% prowadzonych postępowań
w 2012 r. - w 26% postępowań
w 2013 r. – w 18,8% postępowań
w 2014 r. – w 19% postępowań
w 2015 r. - w 21% postępowań.

Nadal wysoki pozostaje odsetek spraw umorzonych z powodu niewykrycia sprawców:

w 2011 r. – 28 proc. spraw zakończono umorzeniem z powodu niewykrycia sprawców
w 2012 r. – 27 proc.
w 2013 r. – 42 proc.
w 2014 r. – 36 proc.
w 2015 r. – 32 proc.

Najczęściej atakowani są: Romowie, Żydzi i Muzułmanie.

Całość raportu TUTAJ (plik udostępniony oryginalnie dzięki uprzejmości posła Roberta Tyszkiewicza)


Dla porównania - Niemcy:
Populacja - 80 mln
Łączna ilość imigrantów przybyłych tylko w 2014 roku: 1 460 000
Ilość przestępstw popełnionych  z powodów ksenofobii i rasizmu w roku 2014 - 2452

(Niemcy, na podstawie prawa z lat powojennych, mają osobną kategorię przestępstwa powodowanego antysemityzmem - tutaj połączyłem ją z ksenofobią i rasizmem, tak jak jest łączona w prawie polskim. Nie ma statystyk określających jaki procent ofiar nie zgłasza tego rodzaju przestępstw w Polsce, jaki w Niemczech.)

Pamiętajmy wszak, że nie są to powody do generalizacji, i zapewne nie można na ich podstawie wyrokować, iż w społeczeństwie polskim jest znacząca grupa ksenofobów.  Że zacytuję fragment z dyskusji na Google+: takie postawy to absolutny margines, bo przysłowiowy medal ma zawsze dwie strony, wszystko zależy od tego, czy wybierasz tylko jedną, czy rozważasz  znaczenie i charakter obu...

O czym też, na rysunku poniżej, przypomina nieoceniony Wilq (czyli bracia Minkiewiczowie ;-)


Pozdrawiam wszystkich!

poniedziałek, 21 marca 2016

...czyli Polacy



KILKA GŁOSÓW: 
Co to będzie?

SZARA EMINENCJA:
 Najpierw zreformuję sprawiedliwość, po czym weźmiemy się do finansów.

KILKU SĘDZIÓW: 
 Sprzeciwiamy się wszelkim zmianom.

SZARA EMINENCJA: 
Grówno! Po pierwsze, sędziowie nie będą płatni.

SĘDZIOWIE: 
A z czego będziemy żyli? Jesteśmy biedni.

SZARA EMINENCJA: 
Będziecie mieli grzywny, na które będziecie skazywali, i dobra skazanych na śmierć.

PIERWSZY SĘDZIA: 
Zgroza!

DRUGI: 
Ohyda!

TRZECI: 
Skandal!

CZWARTY: 
Niegodziwość!

WSZYSCY: 
Nie będziemy sądzili w tych warunkach.

SZARA EMINENCJA: 
Do jamy sędziów!

(MIOTAJĄ SIĘ NA PRÓŻNO)

DESYGNOWANA: 
Aj, co ty wyprawiasz, Szara Eminencjo! Kto będzie wymierzał teraz sprawiedliwość?

SZARA EMINENCJA: 
Kto? Ja. Zobaczysz, jak to dobrze pójdzie!


(Ze względu na dobro śledztwa, nazwiska zostały zmienione. Agentowi T. B.-Ż, serdecznie dziękuję za dostarczenie przekładu, może i nie zawsze wiernego, ale zawsze pięknego 
- co w sumie chyba jest ważniejsze.)


Поздравляю вас с худшего сорта!

piątek, 11 marca 2016

Śmierć w Wenecji

W cyklu "Kulisi Srebrnego Ekranu" krytyk filmowy Ziemianki Polskiej ma ogromną przyjemność przedstawić świeżo wydrukowany plakat najnowszej patriotycznej produkcji i zarazem naszego kandydata do Eskadry 2017.


Oto przed Państwem graficzna zapowiedź arcydzieła X Limuzyny, poświęconego tragicznemu losowi Ustawy Naprawczej, rozsiekanej bezlitosnymi ostrzami weneckich oprawców, realizujących zamówienia wyrodnych spiskowców gorszego sortu i wiadomej proweniencji.


Już wkrótce na ekranach kin i w lekturach obowiązkowych,
Film Evity Carcass, premodernistycznej mistrzyni dokumentu konfabulowanego:


ŚMIERĆ W WENECJI





Życzymy niezapomnianych wrażeń!

środa, 2 marca 2016

Koń by się uśmiał...





Dostało się nieparzystokopytnym, dostało, i dobrze. Chodzi takie, grzywką machnie, ogonem zakręci, nic konkretnego nie zrobi, a siana po same uszy!
Ale mają za swoje, trafiła i do nich Dobra Zmiana.
Z czym zapozna Szanownych Czytelników wybitnie graficzny reportaż Akademika Psa Pawłowa, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności wpadł akurat do stadniny z przyjacielską wizytą...



Cała sprawa zaczęła się trochę przypadkowo, od cennej inicjatywy
Globalnego Ocieplenia Wizerunku Najwyższego Odnowiciela.
 (W skrócie... A właściwie, kogo to obchodzi jak będzie w skrócie.) Jak wieść gminna niesie, projekt powstał podczas sesji badawczo-treningowej, w trakcie której progresywny doradca bardzo młodszego pokolenia uczył genialnego Antonioniego tajników klasycznej gry w CYCa.
 (ang. "Chuck Yeager's air Combat").

Dla rozluźnienia palców zesztywniałych od ściskania radosnej pałeczki (ang. "joystick"), panowie przeglądali najbardziej popularne filmy na jutubie. Wówczas to, w chwili inspiracji, boski Antonioni wpadł na pomysł połączenia, charakterystycznego dla nadwiślańskiej tradycji, narodowego i patriotycznego przywiązania do konia, z nowoczesną techniką tzw. lesdensowania (Blacha, les dens!), oczyma wyobraźni widząc miliard  tzw. lajków (pol. "Lajkonik")  pod ocieplającym filmikiem:



Niestety, jak się okazało, Dobra Nowina Zmiana nie sięgnęła jeszcze stajenki, więc trzeba było czym prędzej coś zmienić. Zgodnie z ludową mądrością "jak spadać, to z wysokiego konia", zmiany rozpoczęto od samej góry.






Wbrew oszczerstwom establiszmentowych mediów, nowy Szef Stadniny już pierwszego dnia dał się poznać jako wybitny fachowiec, który konie arabskie zna na wylot i z każdej strony, a zwłaszcza od strony zadu.






Co też kochane, patriotyczne rumaki natychmiast doceniły.



Bo i jakże inaczej, gdy nowy Szef nie stroni od bliskich kontaktów i przyjacielskich gestów.




Dzięki czemu stronie rządowa mogła z satysfakcją podsumować sytuację:




To prawda, na znak fałszywego protestu, stadninę opuściła niewielka grupa zwierząt gorszego sortu, obrońców skorumpowanego systemu, sponsorowanych przez syjonistycznego bankiera i podburzonych przez agenta Reksia, (teczka agenta Reksia została ostatnio odzyskana, gdy wdowa po psie Cywilu usiłowała wymienić ją na 9 kilogramów karmy Czapi produkowanej przez zakłady im. Czapajewa). Wszakże słusznie mówi ludowa mądrość: konie z wozu, babie lżej! (Za przeproszeniem Wielce Szanownej Pani Premiery.) Bez nich będzie nam łatwiej!

Gorszemu sortowi mówimy zdecydowne nie! 

Prawym ogierom i klaczom chwała, chuliganom pała!

Praktyczne porównanie cen biletów - TUTAJ.





See you later!