sobota, 19 grudnia 2015

Trzej agenci, czyli brunet wieczorową porą


___________________________________________________

Apokryficzna Ewangelia
wg. sierżanta Stubbyego


przedstawia:

BRUNET WIECZOROWĄ PORĄ





Nasz supertajny współpracownik przesłał raport z brawurowej akcji sił specjalnych Rzeczypospolitej IVR* w Centrum Eksperckim Kontrwywiadu NATO, wraz z materiałem wizualnym wykonanym przemyślnie ukrytą kamerą...

O północy się zjawili
Jacyś dwaj cywili,
Mordy podrapane,
Włosy jak badyli.
Nic nikomu nie mówili,
Ino w mordy bili
l bal zakończyli,
Ta już, ta joj...



Rzeczniczka Sojuszu, Irina Novakova, w oświadczeniu przesłanym korespondentce TVP, Magdalenie Sobkowiak, wyjaśniła, iż NATO nie będzie się sprawą zajmować, jako że (cyt.) Eksperckie Centrum Kontrwywiadu NATO nie było akredytowane przy NATO.

Wobec zastanawiającego braku akredytacji (przypadek? nie sądzę...), Ministerstwo Obrony Przez Atak RIVR zdecydowało się na wybór najlepszego rozwiązania alternatywnego - dzięki śmiałej, nocnej akcji udało się uzyskać natychmiastową dyskredytację.

I z tą optymistyczną informacją czytelników serdecznie pozdrawiam, przedkładam archiwalny zapis słynnej sprawy trzech agentów milicjantów i odkurzam zapomniane już dziś nieco dzieło szwajcarskiego sentymentalisty Alberta Ankera, Die Kartenlegerin, c. 1880, w wersji przewalutowanej...





_______________________
*) "r" jak reaktywacja, w skrócie RIVR



czwartek, 3 grudnia 2015

Cierpienia podstarzałego min... filistra (kultury)



Wszystkim czytelnikom przedstawiam tematyczny wybór plakatów teatralnych, filmowych i operowych z ostatniego ćwierćwiecza, a Wielce Szanownemu Filistrowi Kultury i Sztuki dedykuję tradycyjną pieśń ludową z okolic Białego Dunajca:



  Mój dziadek kie był młody
  Był on bardzo hardy
  Wsystkie cłonki mioł miętkie
  Ino jedyn twardy
  Kie a teraz dziadek
  Cierpi duze męki
  Wsystkie cłonki ma śtywne
  Ino jedyn miętki




Do czego za ilustrację niechże posłuży ostatni plakat w poniższej serii.

_____________________________________

1989:




"Seks, kłamstwa i kasety video". 
Plakat Andrzeja Pagowskiego do filmu Stevena Soderbergha. 


_____________________________________

1990:



"Ślub" 
Teatr im. S. Jaracza w Łodzi. 
  Plakat - Eugeniusz Get-Stankiewicz. 


_____________________________________

1994:



"Ewangelia według Harry'ego"
Plakat Franciszka Starowieyskiego do filmu Lecha Majewskiego.


_____________________________________

2006:




Express EC 47 Polska-Niemcy ("Od-cienie polityki")
Warszawski festiwal teatralny.
Plakat - Wojciech "Korek" Korkuć.


_____________________________________

2009:



14 Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne w Lublinie
Plakat jest jednocześnie zaproszeniem na spektakl rosyjskiej grupy Niebieskie Nosy.


_____________________________________

2010:



"O rozkoszy" 
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie,
spektakl Macieja Wojtyszki, plakat - Bartłomiej Górny.


_____________________________________

2011



„Blanche i Marie”
Teatr Polski we Wrocławiu, 
spektakl Pera Olova Enquista, w reżyserii Cezarego Ibera.


_____________________________________

2012:


"Seks dla opornych"
Teatr Polonia w Warszawie, 
spektakl Michele Riml w reżyserii Krystyny Jandy. 
Plakat - Ryszard Kaja


_____________________________________

2013:



"Balladyna"
Teatr Polski w Poznaniu,
adaptacja - Marcin Cecko, reżyseria - Krzysztof Garbaczewski
Plakat - Aleksandra Waliszewska


_____________________________________

2013:



"Cosi fan tutte" 
Warszawska Opera Kameralna,
reżyseria - Marek Weiss


_____________________________________

2015:



"Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda wyrosła"
Teatr Muzyczny w Gdyni,
spektakl w reżyserii Agaty Dudy-Gracz 
(zbieżność nazwisk przypadkowa, było w Soplicowie dudziarzy wielu... ;-)


_____________________________________

2015:



"Śmierć i dziewczyna"
Teatr Polski we Wrocławiu,
spektakl Elfriede Jelinek 
w reżyserii Eweliny Marciniak.


_____________________________________

2015:

Na zakończenie coś dla podstarzałych filistrów, czyli plakat "Podhale",
z przygotowywanej właśnie przez Ryszarda Kaję serii "Polska"... 




wszystkich serdecznie!

;-)



_______________________________________

KOMENTARZE Z GOOGLE+
_______________________________________


Amanda Ray
+Marlow The Dog
Jak dla mnie ten czerwony i ogólnie "O rozkoszy" Wojtyszki jest the best. :) Minimax - minimum formy maximum teści. Górna półka.



Marlow The Dog
+Amanda Ray Górny jest bardzo dobry. Ja bym chyba postawił na Pagowskiego, bo tak mi się wydaje, że on zauważa u Soderbergha coś, co często umyka widzom - i co w sumie też jest częścią tych krótkich form Jelinek i co w happeningach Rosjanom też zazwyczaj wychodzi (tym Niebieskonosym, znaczy ;-).




Amanda Ray
+Marlow The Dog
Ten "Korek" Korkuć to bardzo  à propos, tego plakatu. :D
A przy okazji, moim skromnym zdaniem bardzo ciekawy artykuł Mariusza Cieślika (uwielbiam ten rodzaj sarkazmu!:)) na temat teatralnej nagości. Autor podsumowuje zjawisko następująco -"Żeby było jasne: czasem sięganie po nagość ma uzasadnienie (np. u Jarzyny),ale golizna w teatrze jest nadużywana.Teoretycznie chodzi o to, żeby przemówić w sztuce do wrażliwości widza, powiedzieć coś ważnego o naszej kondycji. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że często jest to tanie efekciarstwo, udające artystyczną odwagę". (Najnowszy numer Wprost , Mariusz Cieślik, "Teatr jest nagi").
Zdrófko! :)
I jeszcze na marginesie teatru i Korkucia, mnie przypadł do gustu ten reklamujący "Dwóch w twoim domu" hahaha
I jeszcze co do Pągowskiego. Ja go doceniam, ale nie przeceniam. Dla mie to on tak balansuje między Tomaszewskim, a Starowieyskim. Jak byłam młodsza to preferowałam Starowieyskiego, ale jak dojrzałam to zakochałam się na zabój w grafikach Henryka Tomaszewskiego. :)


Marlow The Dog
+Amanda Ray +leszek bejmert
i w ogóle do wszystkich:
Za zajrzenie do wpisu i do albumu bardzo Wam dziękuję, za plusy takoż, i spieszę poinformować, że się ten mój wpis bardzo nie podoba.
Dostałem mianowicie takie  ostrzeżenie:
 "Warning
Your content has recently violated our policies.
If you continue, you may lose the ability to use some or all features of Google+ and other Google services. Learn More."
Się mi to, nieczym znajomemu policjantowi, w pale nie chciało pomieścić, więc sprawdziłem regulamin gdzie przecytałem, że można wstawiać ilustracje przedstawiające panie i panów w strojach naturalnych ;-) ale pod warunkiem, że ma to charakter edukacyjny, dokumentalny, naukowy, lub artystyczny (albo że karmią piersią, co w przypadku panów zdarza się niezwykle rzadko).
Najwyraźniej, Polska Szkoła Plakatu ma charakter znacznie mniej artystyczny, niż mi się dotąd wydawało. A Google ocenia lepiej, niż najbardziej znani i publikowani historycy sztuki i krytycy...
No nic, zobaczymy, co będzie dalej. Google nie podaje żadnego adresu na który mógłbym się wypaszczyć, muszę poczekać, aż rzeczywiście ograniczą funkcje i dopiero wtedy się wypaszczę.
Pozdrawiam Was gorąco - póki jeszcze mogę...

Marlow The Dog
+Google+ Regarding the warning I have received recently:
"Your content has recently violated our policies.
If you continue, you may lose the ability to use some or all features of Google+ and other Google services. Learn More."
First of all, thank you very much for the warning! I have to say, it's a very new experience to me, and a very refreshing one!
Unfortunately, I feel obliged to draw the Google+ team's attention to the fact that pictures presented in the post are, in fact, posters. They are theater, movie and opera posters to be precise. Most of them belong to the artistic phenomenon known widely as the Polish School of Poster, while the others are related to its artistic heritage. I have been so far under the impression - possibly a wrong one - that Polish School of Poster meets a rather high level of artistic standards.
Of course, I took into account the obvious possibility that any poster has to meet very particular standards in very particular ways to be considered "artistic" by the Google+ team. If that, indeed, is the case, I would be very thankful to the Google+ team for referring me to publications setting those standards. (Sth by Anatoly Lunacharsky, maybe?) I am honestly looking forward to reading them.
If, on the other hand, Google+ team does accept the general concept of graphic arts as expressed in numerous major works in the field, I would be equally thankful for the quoted warning to be removed.
Thank you kindly!
Marlow The Dog.


Amanda Ray
+Marlow The Dog
I'm speechless. It's your performance? :O :D:D:D



Marlow The Dog
+Amanda Ray No trochę nieoczekiwanie. Się nie spodziewałem, że Google mi tu będzie jakieś happeningi organizował.
Na wszelki wypadek kupię pare kilo ziemniaków...
;-) 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Szpital na Papeteriach

W znanym i lubianym cyklu 

Trybunał bez wyobraźni, albo Powrót do przeszłości

przypominamy dziś, cudem odnaleziony,

 fragment scenariusza popularnego serialu.


Odcinek 12,999

Ujęcie postaci w trzech czwartych: dr Andrasko, szef Oddziału Nerwowej Chirurgii Szpitala na Papeteriach, kończy dyżur i porządkuje ołówki w kubeczku. Nagle w progu gabinetu staje wylękniona panna Justysia, ubrana na ludowo - w podrdzewiałą zbroję po dziadku. Morde... modre oczęta przesłania prosta opaska.

- Co pani jest? - pyta żartobliwie dr Andrasko. (W tle śmiech publiczności.)

A baba...  Justysia na to łka tragicznie i głosem przerażonym woła:

- Czarno widzę, panie doktorze, czarno widzę! -

Wyraźnie zafrasowany dr Andrasko pociesza nieszczęsną (zob, szkic sceny):



Zmiana ujęcia.


Szeroki plan: gabinet dr Andraska, za oknem migoczą światła niewielkiego miasta, w tle słychać bicie dzwonów wzywających na różaniec. Dr Andrasko pochylony nad uśpioną Justysią.

Zbliżenie i przejazd kamery: pielęgniarka w kusej spódniczce, z podziwem w oczach spogląda na pracę nerwowego chirurga. który odwraca się ku niej z sympatycznym uśmiechem...






Pielęgniarka omdlewa z wrażenia.

Dramatyczna zmiana ujęcia.

Ujęcie półpostaci z obszernym tłem (zob. szkic): drewniana scena festiwalowa na rynku w Pertolcach. Na scenie ordynator Kačerek, promotor dra Andraska. Wśród burzy braw i gromkich okrzyków "niech żyje!", "jeszcze raz!" i "Kačerek, Pertolce baw!", ordynator z werwą prezentuje zgromadzonej publiczności arcydzieło muzyki biesiadnej we własnej, folkowej interpretacji.



Kurtyna, owacja na stojąco, cała sala tańczy, ale z szacunkiem, bo się może skończyć źle...


Dobranoc Państwu!

niedziela, 15 listopada 2015

Paryż za mszę dziękuje...

Henryk IV, w roku 1593, chcąc zapewnić sobie koronę francuską i święty spokój, za namową swej ulubionej kochanki, uroczej Gabrielli d'Estrées, wyrzekł się protestantyzmu i przeszedł na katolicyzm. Jak podaje gminna opowieść, decyzję swą wyjaśnił wygłaszając przy tej szczególnej okazji sławetne zdanie:

Paris vaut bien une messe (Paryż z pewnością wart jest mszy).

Które to wydarzenie całkiem nieźle ilustruje stosunek Paryżan do religii.

Dziś Paryż z pewnością nadal wart jest mszy, ale Paryż za mszę dziękuje - dziękuje, ale nie. A swą niechęć do świętoszkowatości  wyraża świetnym piórkiem Joanna Sfara, rysownika Charlie Hebdo.



JOANNSFAR, Instagram
(Fot. Gettyimages)

Tuż po zamachach, Sfar opublikował na Instagramie swój graficzny komentarz, który, moim prywatnym zdaniem, jest na tyle charakterystyczny dla sposobu myślenia Francuzów, i na tyle ważny, że warto go przytoczyć ku zabawieniu czytelników. Z zażenowaniem muszę wyznać, iż w pierwszej chwili pomyślałem, że przydałby się także ku pouczeniu wielce szanownej, polskiej klasy politycznej i takoż ku edukacji pięknych  przedstawicieli i szanownych przedstawicielek mediów, ale nie, to byłoby gadanie do obrazka (do świętego obrazka). Obie te znakomite grupy lepiej od Francuzów wiedzą, co jest dla Francuzów najlepsze, i w życzliwości swej nie wahają się Francuzów o tym informować (po polsku, bo francuska język ona trudna jest niesamowita).


________________________________



1. Francja to stary kraj, w którym kochankowie swobodnie obejmują się na ulicy.





2. Paryż jest naszą stolicą. 
Kochamy muzykę, bycie zawianymi, zabawę.




3. Od wieków miłośnicy śmierci próbowali pozbawić nas radości życia.





4. Nigdy im się nie udało!





5. Ci którzy kochają. Ci którzy kochają życie. 
Na końcu, to oni zawsze są zwycięzcami.





6. Ono jest piękne, to nasze motto Paryża.





7. Fluctuat nec mergitur - miotany falami, nie tonie. 





8. Przyjaciele z całego świata, dziękujemy za #prayforParis (módl się za Paryż), ale naprawdę nie potrzebujemy jeszcze więcej religii. Naszą wiarą jest muzyka! Pocałunki! Życie! Szampan i radość! #Parisisaboutlife  (Paryż to Życie!)





9. Terroryzm nie jest wrogiem. Terroryzm jest sposobem działania. Powtarzanie "prowadzimy wojnę", gdy brak nam odwagi by nazwać wrogów, prowadzi donikąd. Naszymi wrogami są miłośnicy śmierci. Zawsze tacy istnieli, w różnych przebraniach. Historia prędko zapomina. Paryż trwa i mówi miłośnikom śmierci: "A gówno!"






10. Ludzie, którzy dziś zginęli, wyszli z domów by żyć, pić i śpiewać. 
Nie wiedzieli, że w ten sposób wypowiadają wojnę.





11. Zamiast się dzielić (na lepszych i gorszych) powinniśmy pamiętać co jest ważne: nasz sposób życia.




12. Miłośnicy śmierci, jeśli Bóg istnieje, nienawidzi was. 
I już dawno przegraliście, jako na ziemi, tak i w niebie.




13. To znaczy: 
PIERDOLIĆ ŚMIERĆ!




wtorek, 3 listopada 2015

Czekając z Nadzieją

Z doniesień naszego rosyjskiego korespondenta, akademika P.Pawłowa.

Nieustraszony korespondent 75klicks od lat mężnie przemierza mroczne zaułki Moskwy. Wczoraj, uciekając przed milicją obyczajową ulewnym deszczem, schronił się w starej fabryczce słodyczy "Czerwony Październik", przy ulicy Błotnej 3 (oj, dali jej na poszanowanie zgodne z naturą nazwanie - zwłaszcza w sezonie jesiennym...), niedaleko Kremla i cerkwi Zbawiciela.

W gościnnych progach fabryczki, akademika P. Pawłowa przywitało radośnie uśmiechnięte dziewczę, dowcipnie żądające natychmiastowego uiszczenia opłaty w wysokości 430 rubli. Automatyczną reakcją P. Pawłowa było w tej sytuacji równie dowcipne odśpiewanie dawnego szlagieru "Chłopaki nie płacą!" - i z równie radosnym uśmiechem.
Niestety, w tym momencie u boku dziewczęcia stanął solidnych rozmiarów kiosk z kebabem, któremu radosny uśmiech najwyraźniej amputowano zaraz po urodzeniu, i którego, w ramach zadośćuczynienia za brak uśmiechu, zaopatrzono w podrdzewiałego kałaka.

W tych pięknych okolicznościach przyrody, korespondent nasz czym prędzej stosowną kwotę uiścił, i bardzo dobrze, bo dzięki temu dowiedzieliśmy się, iż w dziś nieczynnej już niestety fabryczce, mieści się, otwarty przed pięcioma laty, Cientr Fotografii imieni Bratiew Lumier.



A w Centrum, cóż za zbieg okoliczości, twała właśnie wystawa prac Elliotta Erwitta, jednak ku okrutnemu rozczarowaniu P. Pawłowa, dyplomowanego krytykanta sztuk pięknych i nienadzwyczajnych, zabrakło na niej dzieła życia amerykańskiego mistrza fotografii współczesnej, jego niezrównanego cyklu Dog Dogs (il. poniżej, a link do fotografii cyklu -> TUTAJ).




W tej sytuacji nasz  korespondent udał się na poszukiwanie wygódki  ciekawszych obiektów. Nie mogąc celu swych poszukiwań przez czas dłuższy znaleźć, zatrzymał się w rogu ciemnego korytarza, i tam właśnie, ku swojemu zdumieniu, zauważył leżącą na podłodze starą, pożółkłą fotografię - zapewne upuszczoną przez zapracowanego technika, podczas zamykania wcześniejszej ekspozycji: "Siedmiu dekad fotografii radzieckiej".

Na odwrocie nieznany, genialny autor tego znakomitego dzieła, drżącą ręką napisał po polsku:

CZEKAJĄC Z NADZIEJĄ - A.M.

Możemy tylko domyślać się, iż A. M. zapewne oznacza ante meridiem, łacińskie określenie godzin przedpołudniowych, czyli pory dnia, kiedy zdjęcie zostało wykonane. Tajemnicą pozostaje niestety tożsamość zarówno fotografa, jak i osób widocznych na zdjęciu, które, dzięki poświęceniu P. Pawłowa, mamy przyjemność niniejszym opublikować.



Jeśli ktoś z czytelników rozpoznaje widoczne na zdjęciu postaci, lub może domyśla się autorstwa ujęcia, za sugestią P. Pawłowa prosimy, by wyjaśnienia kierować na Berdyczów.

Pozdrowienia!

piątek, 9 października 2015

Pastuszkowie i gęsiareczki...


Kabaret Cha...Obywateli w Średnim Wieku*


zaprasza na program reprezentacyjny, przygotowany w ramach 
pomocy z Unii cyklu:

Mistrzowie Sceny Polskiej


_________________


Fakt, 23.09.2015:
„Gęsiarka” Romana Kochanowskiego (†88 l.) to jeden z obrazów, który w tajemniczych okolicznościach zniknął z Pałacu Prezydenckiego – ustalił „Fakt”. (...) Poza wspomnianym płótnem autorstwa Kochanowskiego z 1880 r, ze ścian Pałacu Prezydenckiego wyparował też obraz nieznanego malarza pt. „Bydło na pastwisku”.


_________________


Jacek Michałowski, szef Kancelarii Prezydenta z czasów Bronisława Komorowskiego, w rozmowie z Gazetą Wyborczą, 28.09.2015:

- Ten obraz wisiał w tym miejscu od lat i jego wartość katalogowa była bardzo niewielka.

  - Co to znaczy niewielka?

- Wynosiła, o ile pamiętam, 2 złote i 50 groszy.



_________________


Tomasz Lis na Twitterze, 9.10.2015:

Wiem gdzie jest "Gęsiarka". Uprzejmie proszę o telefon od szefowej Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy.**


_________________


Newsweek, 10.09.2015:

Obraz znajduje się w warszawskim Domu Aukcyjnym "Rempex" mieszczącym się zaledwie kilkadziesiąt metrów od Kancelarii. Przedstawiciel domu aukcyjnego zapewnił, że osoba, która przyniosła obraz nie jest osobą publiczną. Obraz został wyceniony na 12 tys. złotych, ale sprzedano go za 10 tysięcy. Dom aukcyjny zwrócił pieniądze.


_________________









_________________________
Stoponotki dla młodzieży szkolnej i przeszkolonych dorosłych:

*) Nazwa kabaretu nawiązuje do archaicznych lektur szkolnych, których najnowsza edycja, skrócona i uproszczona uwspółcześniona, ukazała się pod poprawnym tytułem: "Obywatel nad Niemnem"

**) Przy okazji zauważyłem, że red. Lis podzielił się z czytelnikami zaskakującym wyznaniem:

Kocham politykę, sport i muzykę poważną, ale przez szacunek dla Was, o tej ostatniej pisać nie będę.

Ze wstydem przyznam, że za cholerę nie rozumiem...
Czy redaktor Lis uważa, że o muzyce poważnej, którą, jak się dowiadujemy, kocha, może napisać wyłącznie rzeczy, które niechybnie obrażą czytelników? To szorstka miłość musi być...
Czy może uważa red. Lis, że czytelnicy to głuche jełopy, których czytanie o muzyce poważnej nudzi, ale on jednak, w ramach politycznej poprawności, pragnie ich jełopizm uszanować ?

poniedziałek, 28 września 2015

Akaitsuki no Ryokan, czyli Oberża pod Czerwonym Księżycem

Prezentuję niniejszym plon mojego przed i wczorajszego polowania na Czerwony Październik. A nie, przepraszam. Na Czerwony Księżyc (ale prawie w październiku). Nockę na tym polowaniu spędziłem bez mała, ku zgrozie krewnych i znajomych Królika. Bez mała obejmuje okres krótkiego wypoczynku w leśniczówce znajomego, gajowego Maruchy, dysponującego psem myśliwskim, zapasowym wyrkiem, ciut chwiejnym dostępem do internetu, i zapasami dla spragnionych wędrowców. Efektem było sporo zdjęć, na których był czarny liść na czarnym tle, i kilka zdjęć, na których pojawiło się coś jeszcze. Plus parę haiku, które sobie przy okazji, u gajowego Maruchy poczytałem (gajowy ma nawet lepszą bibliotekę od mojej), przeczekując czas między pstrykaniem wschodu księżyca, a pstrykaniem właściwego perygeum, i które, zanim je przedwczesna skleroza wymaże, tu podrzucam.



______________________________







Cudowny księżyc,
Ale dziękuję chmurom,
Za chwilę ulgi dla szyi...
                                   
Matsuo Bashō (Matsuo Kinsaku, także Matsuo Chūemon Munefusa, 1644 – 1694). Ostateczny i definitywny bóg haiku. Tak naprawdę, to całe haiku, to za jego czasów był tylko pierwszy wiersz podawany w popularnej niegdyś w Japonii rymowanej grze towarzyskiej. Bashō, na ten przykład, rzucał takim boskim księżycem za 10 punktów, jak wyżej, a pechowy sąsiad po prawej musiał improwizować następną zwrotkę, odnosząc się do wybranych motywów, słów, nastroju, choroba wie czego jeszcze. Wiara przez to łysiała, i tak się narodziła słynna fryzura samurajska „wysokie czoło” (szczęście, że Lecha jeszcze nie pili, bo to obcięcie na kapsel...) Później niejaki Herman Hesse sobie to i owo skojarzył i napisał Grę szklanych paciorków, niegdysiejsze pierwsze strofy zaczęły żyć własnym życiem i nikt już nie pamięta, że Bashō zadowolony był nie ze swoich haiku, a z talentu do wiązania następnych strof. Następnych! Bashō, na całe szczęście, nawet gdyby te głupie 300 lat ekstra przeżył, to i tak by się tym nie przejął, miał bowiem zwyczaj traktować wszystko i wszystkich, także i siebie, z ironicznym dystansem. Stąd i wierszyk powyżej.







W blasku księżyca
Czuję ciężar na piersi
Samotność


Masaoka Shiki (Masaoka Noboru, 1867 – 1902). Masaoka do dystansu miał pewien dystans. Dziecię podupadłego samuraja-alkoholika i córki uczonego konfucjonisty, nie dziwota, że w nastoletniej młodości został radykalnym demokratą, (albo wprowadzimy demokrację, albo nie zostanie kamień na kamieniu!), obecnym na rozmaitych czarnych listach swoich czasów i z prywatną kolekcją wilczych biletów. Kiedy wszak kanapowa partia, do której on tak ze wszech miar, odeszła w mroki dziejów, a jej przywódcy uznali fiskalną celowość dołączenia do bardziej popularnych formacji, Masaoka się do radykalizmu rozczarował, i, po niezbyt udanych studiach akademickich a’la Aleksander Kwaśniewski, został poetą, dziennikarzem i pisarzem. Z dziennikarstwem to mu średnio szło, bo choć wyraźnie mówił, że żołnierze japońskiej armii w Chinach zachowują się, jak ostatnia hołota, kot z kulawą nogą nie zwrócił na jego teksty uwagi. Z poezją wszak poszło mu nadzwyczaj dobrze, bo do dziś cieszy się zasłużonym uznaniem, jako człowiek, który zdołał przetworzyć tradycyjną, popularną formę poematu czasów Edo na nowoczesne haiku. Był też, przy okazji, bodaj jednym z pierwszych w Japonii graczy w baseball. I nie, nie chodzi tu o to, że rozbijał łby kijem baseballowym w ramach demokracji radykalnej. W palanta pogrywał, mówiąc po naszemu. Niewłaściwy wybór sportu, albo niewłaściwy trening, tak, czy siak, w wieku 34 lat zmarł na gruźlicę. I, w zasadzie, rzeczywiście w samotności, bo tych paru irytujących, apologetycznych studentów, to raczej przekleństwo jest, niż dobre towarzystwo...








Napełnia gniewem
Księżyc, napełnia mnie gniewem
I czyni całą.

― Takeshita Shizunojo (1887 – 1951)
Jeśli nieco mniej  kobiet niż mężczyzn pisało haiku, to przecież ani nie z braku talentu, ani nie z braku edukacji, a najzwyczajniej z braku czasu, bo gdzie tu łapać za pędzelek między zajmowaniem się dziećmi, domem, finansami rodzinnymi, psem, kotem, kanarkiem męża (bez skojarzeń, bardzo prosimy), samym mężem i licho wie czym jeszcze. Pani Takeshita, absolwentka znakomitej Szkoły Żeńskiej w Fukuoka, nauczycielka i poetka, po roku 1945, wówczas już od dawna wdowa, w wieku 58 lat została małorolną rolniczką, by pomóc wyżywić krewnych w powojennych latach głodu...
A mnie ten księżyc też akurat napełniał gniewem, bo mi właśnie pękła głowica statywu, i tylko gorylą łapę miałem w rezerwie, a goryla łapa w nocy, to horror jest, i nic więcej.






Przy moim oknie 
porzucony przez złodzieja
lśniący księżyc

Taigu Ryōkan (Yamamoto Eizō, 1758–1831). Ryōkan, z przyczyn, które dawno już zaginęły w mętach historii, niedorostkiem będąc porzucił dom i został mnichem w świątyni zen szkoły Sōto, odmawiając przyjmowania jakikiejkolwiek pomocy od rodziny. Z czasem został poetą i okazjonalnym pustelnikiem – okazjonalnym, gdyż niekiedy więcej czasu niż w pustelni spędzał na popijawach i rozmaitych imprezach w ówczesnych odpowiednikach remiz – a trzeba tu zauważyć, że Japonia jego czasów miała już zorganizowaną straż pożarną. Niestety, nie była to Ochotnicza Straż Pożarna, więc żeglarz Waldek, kiedy tam dopłynął, to tylko zaklął szpetnie, i zaraz odpłynął. Ryōkan, dnia pewnego, niespodziewanie wcześnie powracając z imprezy w pobliskiej remizie, zaskoczył w swej pustelni złodzieja, cokolwiek podłamanego ewidentnym brakiem czegokolwiek nadającego się do wyniesienia. Zakłopotany pustelnik czym prędzej ściągnął z grzbietu własną, ostatnią kapotę i wręczył gościowi, nie chcąc by bidok, który aż tak długą drogę odbył, wracał z pustymi rękami. Ale nie tylko dlatego wychwalano jego dobroczynność...






Księżyc w zenicie
Wolno wędruję
Dzielnicą nędzy.
                                     
Yosa Buson (Taniguchi, 1716 – 1784). Trzech było tych haikuszkieterów w czasach Edo (to wtedy, kiedy Richard Chamberlain do Japonii jeździł), Basho, Issa i właśnie Buson. Każdy z nich przejawiał dziwne upodobanie do pieszych wędrówek (niewątpliwie dlatego, że nie wynaleziono jeszcze motocykla), ale to Buson właśnie jako turysta został zapamiętany. Głównie ze względu na swój, napisany wierszem, nostalgiczno-humorystyczny przewodnik turystyczny po japońskim interiorze, czyli Oku no Hosomichi, inaczej Ścieżki w głąb kraju. W Japonii jest tak, że wiara generalnie na wybrzeżu mieszka, w centrum wysp są góry, i tam, jak wiadomo, tylko mad dogs and Englishmen. Czego prawdziwość sam mogę zaświadczyć, bo też paru Angoli tam widziałem. Buson, turysta górski, ścieżki w głąb wydeptywał i przy ognisku haiku pisał, z wyczekiwaniem spoglądając na przodków pana Hondy. Tak też się jakoś zdarzało, że jak już do miasta trafił, to do podejrzanych wyrtli go ciągnęło, zamiast na salony. Szczęśliwie, we właściwym wieku 45 lat, doświadczony turysta górski i sławny poeta zawarł związek małżeński z dwudziestoletnią Miss Japonii z biustonoszem w rozmiarze D z niezwykle miłą niewiastą, ustatkował się, i po górach chodził tylko w najbliższej okolicy, tak, by wieczorem być w domu gdzie czekała na niego dwudziestoletnia Miss Japonii z szanowna małżonka. Czasem i poecie happy end się przytrafi.




Księżyc żniwiarzy,
Nie tylko na niego czeka
Tania dziwka.

Kobayashi Issa (Kobayashi Nobuyuki, inaczej Kobayashi Yatarō, 1763 – 1828). U tych buddystów, to jest tak dziwnie poukładane, że jak ktoś świecki chce być kapłanem, to pochodzi przez parę miesięcy do wieczorowej szkoły buddystów, potem sobie poszuka wolnej świątyni (albo sobie sam postawi, żeli wszystkie zajęte), i szlus. Żonę też może mieć, i nie musi udawać, że gospodyni, czy inna ministrantka. Jak ma być bez żony, to jest kapłon, nie kapłan. Acha.
No, nie wiem. Jakoś mi się wydaje ten system jakby psychicznie zdrowszym (i nie, nie jestem buddystą, to obiektywna ocena). Przy okazji, takie wyluzowanie hierarchii pozwala na właściwe określenie priorytetów. Gdyby Issa żył dzisiaj, to by blogował, i taka jest prawda. A blogowałby posługując się nickiem Issa, czyli „czarka herbaty”. (Albo, na przykład, Marlow. Też elegancko!) Że szak żył dawno temu, musiał pisać wiersze, co było niegdysiejszą formą blogowania. Hejterzy, oczywista też byli. Hmmm... Właściwie, jak się nad tym zastanowić, to Issa wówczas za hejtera powszechnie uchodził , bo co drugi poemat to albo rozpustę kolegów mnichów wyśmiewał, albo, jak w powyższym, o prostytutkach. Haters gonna hate!
A księżyc żniwiarzy, to jest właśnie ten czerwony księżyc, co byście go, szanowni czytelnicy, wczoraj w nocy widzieli, gdybyście nie spali snem sprawiedliwych.






Gdy odchodzę
W wodzie kroczy za mną
Przyjaciel księżyc 

Mizuta Masahide (1657–1723), samuraj, który wolał być poetą i lekarzem, ulubiony uczeń Matsuo Basho. Najbardziej znany jest jego (ociupinkę kiczowaty) wiersz o tym, jak spalenie stodoły otworzyło mu niezrównany widok na księżyc. Tu jednak, na zakończenie, podrzuciłem nieco mniej znany jisei, czyli poemat śmierci, czyli wers pisany, kiedy człowiek czuje, że naprawdę najwyższy czas na nowy testament. Swoją szosą, niekiedy może faktycznie warto miecz na chwilę odłożyć? W sumie, nie mamy tego czasu aż tak wiele...O czym, poniekąd, wers powyższy życzliwie przypomina.


I tą, nieco sentymentalną refleksją...

sobota, 12 września 2015

Błogosławieni, którzy nie uwierzyli...

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki debacie w sprawie przyjmowania uchodźców, a w sumie to chyba bardziej dzięki brakowi takiej debaty,  mieli dziś rodacy jakże sympatyczną okazję do oddania się naszemu narodowemu sportowi, czyli demonstrowaniu. Demonstrowano w kilku miastach, a najgorliwiej, jak należy, w sztoliczy, gdzie odrobinę zarośnięta grupa demonstranów skandowała "Chcę A-rabkę za są-siadkę", (Autor! Autor!) starając się zagłuszyć pobliską, nieco większą grupę ciut wyleniałych wyłysiałych demonstrantów mężnie krzyczących "Koń tro-jański! Koń tro-jański!" (Tu wiemy, że autorem był Homer. Simpson.)




Mimo rozbuchanych emocji, demonstracje obyły się bez rękoczynów - jak mi donosi niepewne źródło, ponoć głównie dzięki temu, iż uczestników rozdzieliła trzecia grupa, wprowadzeni w błąd miłośnicy hippiki, którzy przybyli pod kolumnę Zygmunta by demonstrować pod hasłem "Koń arabski!"

Szczęście to całe, że do rękoczynów nie doszło, bo jeszcze by i o rodakach z centrum Warszawy trzeba było powiedzieć, że to dzicz straszna i niezasymilowana, zupełnie jak ci uchodźcy i inni imigranci.

Widziałem, jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać. Autokar, w którym się znajdowałem z grupą, próbowano rozhuśtać. Rzucano w nas gównem, walili w drzwi, żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę... Pytam się, w jakim celu? Jak ta dzicz ma się zasymilować w Niemczech?

Taki oto, dramatyczny opis jeszcze dwa dni temu można było znaleźć na facebookowym profilu pana Kamila Bulonisa.
[-] Kamil Bulonis. Fot.: World of Big Brother.

 Dziś tekst zniknął, stając się kolejnym dowodem okupacyjnej cenzury rządzacej polską wersją popularnego serwisu.
Czytelnikom, którzy o panu Kamilu szczęśliwie nigdy wcześniej nie słyszeli (czyli podobnie jak ja... wstydźmy się...)  wyjaśniam, iż jest to słynny bloger, podróżnik, gwiazdor reality show i gej - tak w każdym razie przedstawił go Karnigore Kanibal, niegdyś bloger Newsweeka, dziś Znany z platformy blog.pl.



 Wpis Kanibala podsunął życzliwy wujcio Gugiel, kiedy próbowałem się ciut więcej dowiedzieć o makabryczno-groteskowych wydarzeniach, o jakich pan Kamil donosił nam z  granicy włosko-austriackiej, czyli rejonu, który, nie chwalący się, odrobinkę znam i bardzo lubię. Kanibal wszak, zamiast opisywać dzicz, chyba jako jeden z pierwszych postawił spory znak zapytania pod fejsbukowym tekstem, sugerując, że to się nie trzyma kupy, że pan Kamil niczego podobnego by nie napisał, i że to najprawdopodobniej robota antygejowego, inaczej zwykła podróba, wrzucona na zhakowany profil podróżującego gwiazdora, mechanicznie powielana przez bulgoczące z oburzenia prawicowe szambo (wyznam, czasem brakuje mi tych wyrazistych kanibalizmów! ;-) )

Pomylił się chyba tym razem Kanibal, skądinąd człowiek całkiem przecież rozsądny, z którym zdecydowanie częściej się zgadzałem niż nie. (Pozdro! ;-) ) Pomylił się, i pana Kamila niedocenił.

Pan Kamil, po kilku dniach wymownego milczenia, zabrał głos wobec coraz częstszych zastrzeżeń co do rzetelności relacji, wysuwanych zwłaszcza przez niedowidzących podróżnych, którzy jakoby sami przekraczali granicę włosko-austriacką, rzekomo  popularnymi przejazdami na autostradach A-22 (jak twierdzą, przez włoskie Bolzano, na Insbruck), i A 23 (koło Wenecji i na Klagenfurt, ha, Klagenfurt!), i którzy, oślepli z rozpusty, ani nie widzieli zdziczałych tłumów uchodźców, ani nawet koła ich pojazdów nie zostały obsikane przez psa sołtysa. Wyjaśnił więc pan Kamil - z nieco uprzejmą wyniosłością wobec tak oczywistego braku spostrzegawczości - że opisane przezeń dantejskie sceny nie działy się na samym przejściu, ale w tego przejścia bezpośredniej bliskości, na drodze SS621, na której on, zawodowy przewodnik wycieczek chrześcijańskich (...no proszę, postęp w każdej dziedzinie! - jak by to powiedział Praktyczny Pan)  był świadkiem rzeczonych bezeceństw, i z której to SS621, przewodniczony przez niego z narażeniem zdrowia  chrześcijański autobus został zawrócony przez włoską policję.

W ostatniej chwili! Już dzicz szykowała się do zamachu fekaliami na chrześcijańskich wycieczkowiczów, osłanianych mężną piersią pana Kamila, już szarawary opuszczali i kęsim okrutne chcieli robić, a tu wiuuuu... I jeno spalin z diesla się nawąchali - dobrze im tak, trzeba było się nauczyć sławojki stawiać, jako i my stawiamy!

Ekhm...
Tu pojawia się jednak pewien perfidny problem.


Otóż włoska droga krajowa SS621, niezwykle malownicza i w ogóle do prowadzenia fantastyczna (choć nieco mniej atrakcyjna, jeśli to, co akurat prowadzimy, to wynajęty Fiat Panda, o czym lojalnie czytelników uprzedzam!), bardzo więc widokowa ta droga niestety kończy się tam, gdzie egipskie flamingi zawracają, a konkretnie w sielskiej i alpejskiej dolinie Aurina, pod zboczami masywu Gran Pilastro, 3509 m. npm (na tej wysokości jest szczyt masywu, dolina, jak nazwa wskazuje, jest w dole).


 [-] Valle Aurina, fot. G.Izzi
Na pierszym planie pełne zezwierzęcenie.



Owszem, jeśli naprawdę bardzo się uprzemy, zdołamy tędy do granicy dojść i ją nawet  przekroczyć, pod warunkiem, iż dysponujemy sporą dozą doświadczenia i podstawowym sprzętem.

Nic więc dziwnego, że brak sprzętu i doświadczenia najwyraźniej popchnął tłumy dzikich uchodźców z tekstu pana Kamila ku okazaniu zupełnie niecywilizowanych zachowań, w rodzaju ciągnięcia za włosy starszych pań (jak wiadomo, cywilizowany Europejczyk za włosy ciąga jedynie młode panie - zob. il.) i ku wyuzdanym praktykom koprofilii (a może koprofobii? Trudno powiedzieć, pan Kamil był wszak pod silnym wrażeniem...)
[-] Andrzej Mleczko - Europejczycy cywilizowani.

Oślepiająca biel wiecznych śniegów masywu Gran Pilastro najwyraźniej też odebrała wzrok i rozum lokalnemu funkcjonariuszowi włoskiej policji z pobliskiego Predoi, który na pytania dziennikarzy - Italiano, słuchaj no, ilu mata tych  refjudżich - z uporem maniaka powtarzał, że w okolicy mają jedynie Rifugio Ponte di Ghiaccio, czyli Schronisko Lodowego Mostu, położone na wysokości 2545 m. npm.



[-] Ubezpieczenia na szlaku k. Rifugio Ponte di Ghiaccio.

Nazwę tłumaczę, bo kto wie, może się zdarzyć, że kiedy do tego rifugio szanowni czytelnicy zajrzycie - zachęceni właśnie  romantyczną nazwą - jakoś tak naturalnie dołączy ono do listy miejsc szczególne dobrze nadających się do rozkładania śpiwora, takich jak, na ten przykład, Hotakadake Sansō w masywie Hotaka w Alpach Japońskich,  Guttenberghaus w masywie Dachsteinu, czy niezawodne, swojskie 5 Stawów - choć to ostatnie, to już wyłącznie poza sezonem...

Niestety, a może na szczęście, rifugio i rifugiati to dwie zupełnie różne rzeczy są, i tylko to drugie słowo oznacza w języku włoskim uchodźców. O czym oczywiście pan Kamil, wytrawny przewodnik chrześcijański i gwiazdor surreality show, wie doskonale, podobnie jak wie, że tak naprawdę nie ma żadnego przejścia granicznego w okolicy Fonte della Roccia, czyli "Źródła Skał", jak się nazywa podobno  wioska - a w rzeczywistości kilka pasterskich szałasów - na której kończy się, słynna już teraz, włoska droga krajowa SS621.

[-] Kościół p.w. Ducha Świętego, Valle Aurina.


Wszystko to tylko efekt koszmarów nocnych po wystawnej kolacji u księdza dobrodzieja z gotyckiego kościółka pod wezwaniem Ducha Świętego, który w dolinie Aurina od XV wieku sobie stoi (kościół, ks. proboszcz jest nieco młodszy) Koszmar to był, nic jeno koszmar i może jeszcze brak wieczornego spaceru.

Moment.

W zasadzie, jak sobie przypomniał pan Kamil, to jednak były rekolekcje w hotelu San Fior. Ciężkie to musiały być rekolekcje, bo generalnie trudno w tym rejonie znaleźć "hotel San Fior". Mamy za to mieścinę San Fior, niedaleko Wenecji i dawnego przejścia granicznego na A-23, od SS621 bardzo odległego...



Geografia bezczelnie pcha się z butami do metafory, bo gdy Fonte della Roccia w dolinie Aurina to najbardziej na północ wysunięta miejscowość (miejscowość, to brzmi dumnie!) Włoch, najbardziej na południe wysuniętą jest Lampedusa, w okolicy której, przed dwoma laty, miały miejsce inne, tragiczne i, niestety, w tamtym wypadku całkowicie prawdziwe wydarzenia, o których wspominałem w poprzednim wpisie.

___________________


Skąd w nas to upodobanie nie tylko do bezrefleksyjnego podążania za wrzaskami, ale jeszcze  dodawania własnych?
W stadzie szympansów, mniej ważne samce podążają za wrzaskami samca alfa, same gorliwie powrzaskując.
A u nas? Czy to przypadkiem nie jest jeden z atawistycznych objawów dzikości?

Nic nie poradzimy. Schizofreniczni (nie wypada przecież zarzucać łgania w żywe oczy) autorzy rozmaitych głupot trafiają się z obu stron dzisiejszego podziału, i w równych ilościach znajdziemy ich zarówno wśród demonstrujących pod hasłem "Chcę Arabkę za sąsiadkę" (nb. starsi czytelnicy mogą uznać to hasło za niestosowne, pamiętając o ludowym porzekadle "nie da ci ojciec, nie da ci matka..."), jak i tych zgromadzonych pod hasłem "Koń trojański" .


Najmniej skłonni do schizofrenii wydają się w tej sytuacji członkowie grupy demonstrującej pod hasłem "Koń arabski".

Koń by się uśmiał!

...i tej odrobiny uśmiechu też wszystkim serdecznie życzę!
;-)






____________________________________

Okupacyjna cenzura na Facebooku wycięła wprawdzie tekst pana Kamila, na szczęście całość zachowana została z poświęceniem i bezgraniczną odwagą przez redaktorów portalu Niezależna:

Granica z Austrią: wstrząsająca relacja Polaka z autokaru napadniętego przez imigrantów.

Zależne omówienia poniżej:

RZ / Onet: "Rewelacje" polskiego blogera nt. imigrantów obiegły świat. Władze i policja wszystkiemu zaprzeczają.

Michał Gąsior / Na temat: Polski bloger napisał o ataku imigrantów na granicy Włoch i Austrii. “GW”: Historię wyssał z palca.